Recenzje

CZAS  HIENY 

grzegorzfilip.wordpress.com/category/adam-kulik 

Robert Horbaczewski: Czas hieny w Wożuczynie           Znalezione obrazy dla zapytania Czas hieny

Tomaszowska Kronika Tygodnia nr 21/21 maja 2013

 

 

Adam Wiesław Kulik pochodzi z Wożuczyna, jest dziennikarzem lubelskiego ośrodka TVP, autorem ponad 300 filmów dokumentalnych, biograficznych i edukacyjnych, „Ambasadorem Kultury Zamościa”. Pisarz dwa lata temu wydał książkę – „Czas hieny”. To zbiór prawie 60 opowiadań poświęconych pograniczu. Publikacja nominowana była do nagrody „Zamojska Książka Roku”. Zebrała pozytywne recenzje w prasie ogólnopolskiej. Recenzenci piszą, że Kulik się nie patyczkuje, pisze o pijakach, o rozgrabianiu narodowego majątku, o wymarłych wsiach, pustawych miasteczkach. Używa mocnych słów, nie unika erotyki. Przytacza mnóstwo anegdot i historii zwykłych ludzi. W tych opowieściach pojawiają się nazwy miejscowości, np. Siemnice, Czartowczyk, Zamość, Tomaszów Lubelski, Rachanie, Werechanie. Autentyzmu opowieści dodają zdjęcia, m.in. Feliksa Łukowskiego z Siemnic.
Choć w książce nie pada nazwa Wożuczyn, to właśnie mieszkańcy tej wsi mają do Kulika pretensje. Obecni i byli obywatele Wożuczyna rozpoznali w kilku opowiadaniach historie swoich rodzin. W książce nie padają wożuczyńskie nazwiska, pojawiają się za to pseudonimy i przezwiska. Prawdziwe. Jest Dyrdzioszka („co kuśtyka co niedzielę do kościoła i kradnie buraczynie u Stacha”; buraczynie to liście buraków – przyp. red.), Bateryja (służył w artylerii i we wsi kradł kartofle), Moracha (wsławił się tym, że odzwyczaił konia jeść tak, że koń padł), Franio Słota (jak wypił, to się po wsi włóczył), Bławatek (w stanie wojennym był w ZOMO i lał ludzi pałą), Zyśko (poszedł do szkoły oficerskiej i popełnił samobójstwo, bo nie mógł w niej wytrzymać). Jest też o dziadach rachańskich, którzy żebrali pod kościołem.
Adam Kulik mówi, że opowieści zbierał z całego pogranicza, które kilkakrotnie zjeździł rowerem: od Worka Bieszczadzkiego po Sejny. Opowieść np. o kobiecie, która miała 10 dzieci i uciekła od męża usłyszał pod Hajnówką. Ona uciekła do tartaku, on zaś napisał, że do cegielni, bo taka była w okolicy Wożuczyna. Pseudonimy zaczerpnął z pracy magisterskiej, którą swego czasu udostępnił mu Marian Brzezicki, miejscowy regionalista i emerytowany nauczyciel. W pracy, autorstwa Leszka Trusa, było około 300 pseudonimów mieszkańców Wożuczyna i okolic.
– Cholernie te pseudonimy mi się podobały, nawet nie kojarzę osób, które się za nimi kryją, pewnie większość z tych ludzie już nie żyje – mówi Adam Kulik.Na promocji nikt nie krytykował
Książka „Czas hieny” ukazała się 2011 roku. W ubiegłym roku Stowarzyszenie Miłośników Wożuczyna i Okolic zorganizowało spotkanie autorskie Kulika połączone z prezentacją jego twórczości. Dawna plebania, gdzie mieści się siedziba Stowarzyszenia, pękała w szwach. Złego słowa o autorze nie powiedział nikt. Niektórzy wyszli z książką pod pachą. Im bardziej się w niej zaczytywali, tym większą czuli złość.
– A nawet nienawiść. Za tymi pseudonimami kryją się konkretni ludzie, sytuacje, ludzkie dramaty. Jakim prawem on tak pisał? – denerwuje się Maria Smoląg, rodem z Wożuczyna, szefowa zespołu „Pojednanie” w Majdanie Krynickim. W książce Kulik opisał historię, która wydarzyła się w jej rodzinie. Kiedy Maria Smoląg przeczytała książkę, przeżyła szok. Zadzwoniła do innych mieszkańców Wożuczyna, także byli zbulwersowani. Postanowili coś zrobić. Napisali do Kulika list otwarty, w którym zarzucają mu, że wybrał tylko te historie, które mu pasowały do opisania miejscowości jako zapyziałej wsi. Mają żal, bo po lekturze książki Kulika można odnieść wrażenie, że w Wożuczynie najważniejsi byli: ladacznica, złodziej i pijak.
– „Ludzie są różni, jak w każdym środowisku, nie tylko w Wożuczynie, ale rzetelność twórcy, w tym reportażysty, dyktuje ukazać przedstawiany świat w różnych aspektach: dobrych i złych. Umieszcza Pan dzieje utworu w konkretnej przestrzeni i przywołuje ludzi, podając ich nazwiska, w ten sposób są oni nie tylko bohaterami Pańskiej książki, ale przede wszystkim mieszkańcami Wożuczyna, którzy tu żyli, pracowali i pozostają w pamięci swych dzieci i wnuków (…). Sądzimy, pamiętając Pańskie kontakty z Wożuczynem, że siedział pan zbyt wysoko na telewizyjnym stołku, by zajrzeć do chłopskiego domu i zrozumieć naszą duszę” – napisały Maria Kwasiuk i Maria Smoląg.
Obie dodają, że rozumieją, co to jest „robota literacka”, „dzieło skończenie literackie” i ta świadomość nakazuje im stwierdzić, że Kulik głęboko zranił mieszkańców Wożuczyna, tym „dużym walorem autentyzmu”. Pod listem podpisało się 91 mieszkańców.

Wójt się zawiódł
W obronie mieszkańców stanął także wójt Rachań Kazimierz Organista, który sięgnął po książkę, bo zaciekawił go tytuł. Mówi, że zna mieszkańców Wożuczyna i nie zasługują na taką ocenę. On także napisał do Kulika list.
– (…) Opis zachowania się mieszkańców Wożuczyna w wymienionej książce wzbudził u mnie duży niesmak, a nawet oburzenie. Mieszkańcy Wożuczyna zasługują nie na taką ocenę: plotek i pomówień. Pańscy „podpowiadacze” zapomnieli o sobie, zapomnieli, że też kiedyś popełnili może i większe lub mniejsze błędy (…) – pisze wójt Kazimierz Organista.
Wójt przypomina, że od blisko 100 lat w Wożuczynie działa OSP, KGW, LZS, chór parafialny, Stowarzyszenie Miłośników Wożuczyna i Okolic. A w tych organizacjach są ludzie zaangażowani i prawi.
– „Natomiast Pańska książka jest jak niby to zemsta deklasująca swój matecznik, w którym to Pan się urodził i wychował. Można by wiele jeszcze wskazać niewłaściwości w Pańskiej książce” – napisał wójt Organista.
Kazimierza Organisty osobiście nic w książce nie dotknęło, ale jako wójt musi być z ludźmi. I dlatego apeluje do autora, aby spotkał się z mieszkańcami.
– To takie pisanie książki na zasadzie używania plotek, pomówień. Tak się zachowuje hiena, która poluje na bardzo tanie mięso. Hiena zawsze poluje nocą, a jej ofiarą stają się zawsze najsłabsze zwierzęta – mówi wójt Kazimierz Organista.

Będzie wrzask i rozliczanie
Kulik z zaproszenia raczej nie skorzysta. Nie widzi sensu.
– To będzie wrzask i rozliczanie, jak znam środowisko wiejskie – powiada.
Uważa, że ci, którzy protestują, nie mają chyba pojęcia, czym jest literatura, fabuła, fikcja literacka, czas literacki. O całym zamieszaniu mówi „uderz w stół, a nożyce się odezwą”.
– To, że się powtarzają konkretne sytuacje, że ktoś pije denaturat i siedzi pod sklepem, nie znaczy, że to dzieje się tylko w Wożuczynie. Tak jest w każdej wsi na pograniczu. Wszędzie można usłyszeć podobne historie. Nie portretowałem Wożuczyna, bo nie pisałem jego monografii. Głównym bohaterem książki jest skundlony czas, w którym żyjemy – przekonuje Kulik.
Barbara Typek, prezes Stowarzyszenia Miłośników Wożuczyna i Okolic uważa, że kontrowersje wokół książki wyjdą miejscowości na dobre.
– Znowu jest głośno o Wożuczynie, a o to Stowarzyszeniu przecież chodzi – wyjaśnia Barbara Typek.
Jej zdaniem Adam Kulik jak nikt inny zrobił ogromnie dużo dla promocji swej rodzinnej miejscowości i regionu. W swoich materiałach zawsze promuje rodzinne strony i nigdy się od nich nie odżegnuje.
– W tej książce są elementy fikcji literackiej i jest tak napisana. Niemal w każdej miejscowości znajdzie się ktoś, kto rozpozna jakąś znajomą historię. Prawdziwy jest jedynie opis baszty wożuczyńskiej – mówi Barbara Typek.
Kulik uważa, że do swoich racji ludzi nie przekona. Twierdzi, że choć niezamierzone, są jednak pozytywne strony całego zamieszania. Adam Kulik się cieszy, że mieszkańcy Wożuczyna obcują z literaturą.

 

Zamość onLine, 2012-08-10

Teresa Madej     Bez cenzury – Adama Kulika „Czas hieny” cz. II

My byliśmy lampartami i lwami, zastąpią nas szakale i hieny; i wszyscy: lamparty, szakale, hieny będziemy się uważali w dalszym ciągu za sól ziemi…”                                   (G. Tomasi di Lampedusa: „Lampart”).                                                                                           To motto oddaje przesłanie książki Adama Kulika – „Czas hieny”, w której autor bezkompromisowo opowiada się za polskością i mądrym patriotyzmem. Pomysł literacki z metafizyką wsi nadbużańskiej w roli głównej jest bardzo efektowny i efektywny, bo ta wieś jest wielką pamięcią naszej Zamojszczyzny.

Prezentujemy drugą cześć rozmowy z Adamem Wiesławem Kulikiem, autorem „Czasu hieny”, opowieści przesyconej do bólu miłością pisarza do ziemi rodzinnej. Powieści, która staje się dla nas wielkim pytaniem o to, gdzie żyjemy i co zrobiliśmy z naszym czasem.

Teresa Madej – Dlaczego tak się dzieje, że naród nie potrafi  rozliczyć swego czasu, np. posłów?

Adam Kulik – Dlatego, że jest karmiony nienaganną propagandą „platformerską”. Przecież ta propaganda jest lepsza o parę długości kona od propagandy komunistycznej. To opowiem na przykładzie mojego kolegi. Wychowywaliśmy się razem, chodziliśmy do szkoły średniej, człowiek inteligentny, zdawał do łódzkiej filmówki, skończył studia etnograficzne, ma swoją firmę i on mówi: Słuchaj, PiS podzielił ludzi. Ja mówię: Rysiek, na litość boską, patrz na fakty, nie na propagandę – kto naprawdę dzieli ludzi. Kto ma władzę? Kto media?Przecież to Sikorski chciał „Dorżnąć watahę”.                                                                         Wiesz kiedy to się zaczęło? Po przegranych wyborach prezydenckich  po raz pierwszy zobaczyłem w oczach przegranego polityka nienawiść. To był Tusk. Pomyślałem sobie, że jeżeli polityk, który powinien mieć dystans do wszystkiego, wszystko traktować w formie toczącej się gry, jeżeli on pozwala sobie na demonstrowanie przed kamerą nienawiści – to żyjemy w koszmaze. I ten koszmar po 7 latach się sprawdza. Oby  ludzie obudzili się jak najprędzej. Sądziłem, że to tąpnie przed Mistrzostwami, że ludzie nie wytrzymają. Widzisz, to też jest przykład, że jesteśmy społeczeństwem klarownym i dosyć potulnym. Myślę, że gdyby tu mieszkali Grecy czy Hiszpanie, rewolty byłyby już w tym czasie.

Teresa Madej – Nie bałeś się tak pisać?

Adam Kulik – No nie, w końcu umiem pisać, potrafię coś napisać i potrafię się zakrzątnąć, żeby to zostało wydane. Ktoś musi ludziom o tym mówić. Słuchaj, ta książka zostanie przemilczana, nikt się nią nie zajmie! Pojawiła się wzmianka tego roku w 1 numerze „Uważam, Rze” i na razie wszystko. Są dwie recenzje w internecie i koniec. Bać się? Na człowieku, który potrafi pisać spoczywa pewien obowiązek. Pisarz to myśliciel, trochę podpowiadacz ludziom jak mają żyć. Przecież cała twórczość Kraszewskiego na tym polega. On przejął rolę wielkich romantyków, on podpowiadał ludziom jak wyjść z niewoli, co robić, żeby naród nie skarlał, nie skundlił się. Nie gram, jak aktor, czyjegoś tekstu. Piszę własny.

Teresa Madej – Ta książka to nie tylko polityka. Wspaniałym przeżyciem są teksty rodem ze wsi, takiej sprzed 20, 30 lat. Po prostu, rewelacja.

Adam Kulik – Grzegorz Filip (były redaktor kwartalnika „Kresy”), napisał w swojej recenzji, że dialogi są autentyczne, nie tak jak w „Weselu” u Wyspiańskiego, gdzie są ograne na gwarę. Te są napisane autentyczną gwarą. Ja to zbierałem ze 20 lat. Kiedy mama żyła – przyjeżdżałem do Wożuczyna, na wieś. Siedziałem weekend. O czym można gadać? Gada się o tym co zdarzyło się na wsi, przychodzą sąsiadki, dopowiadają swoje. W pewnym momencie zrozumiałem, że przychodzi do mnie literatura, że jeśli to odpuszczę, nie zanotuję, to w życiu tego nie wymyślę. I duża część tych spraw, wątków w opowiadaniach jest wzięta z tamtych rozmów, ale później przepracowana przeze mnie. To nie jest tak, że notowałem i w 100 proc. puściłem. To jest obrobione literacko, dzieło stricte literackie, ale walor autentyzmu – myślę – jest duży. Dużo tam faktów, ale pomysły poszczególnych opowiadań to robota literacka, bo należało te wątki właściwie „poporcjować”, tego tyle, tego tyle. Należało to właściwie spuentować. To nie jest reportaż z mojej wioski, czy jakiejkolwiek innej wioski, to dzieło  literackie o – takim – walorze mentalnym.

Teresa Madej – Intrygujące jest to, że postanowiłeś połączyć historie naszej ziemi, Zamojszczyzny, z krytyką tego, co nas dotyczy, czyli naszego dziś i jutra.

Adam Kulik – „Przychodziły” te wiejskie opowieści do mnie, ja to sobie notowałem. Ale myślę, takich książek o tematyce wiejskiej jest sporo. Nie miałem pomysłu na książkę. I tak się z tym woziłem ze 20 lat. W końcu pomyślałem: a jak by wprowadzić taran, który wali w tę gomułkowsko-gierkowską wieś, taran nowoczesności. Może dobrze byłoby wymyślić plener malarski – ludzie z innego świata, inna mentalność?

Teresa Madej – To zagranie uważam również za doskonałe – na koniec świata, gdzie wrony zawracają, wprowadzasz artystów z nurtem filozoficzno-politycznym. W połączeniu z opowieściami chłopskimi książka zyskuje pazur.

Adam Kulik – Jest zadzior, coś się dzieje.

Teresa Madej – Jest też trochę seksu. To też koloryt książki. To takie ludzkie… Celowe zagranie?

Adam Kulik – Uważam, że w każdej książce powinno coś takiego zaistnieć, bo są ludzie, którzy czytają tylko pod tym kątem. Więc jak przeczyta pod tym, to może przeczyta jeszcze coś więcej i może czegoś się dowie. W każdej mojej książce jest trochę seksu, chociaż przy Henry Millerze to jestem mały pikuś, czy przy Erice Jong. Nie potrafię pisać jak oni, ja aż tak wyzwolony nie jestem. Tam wszystko kipi od seksu.

Teresa Madej – Mam wrażenie, że to książka z kluczem?

Adam Kulik – Nie. Marek Terlecki organizował kiedyś plener malarski w Ulhówku. Pojechałem tam z kamerą. Pewne obrazki widziałem, widziałem jak to funkcjonuje. On to robił jakieś 6, 8, 10 lat temu, i to zakotwiczyło  w podświadomości. Dopiero po czasie, kiedy zacząłem porządkować te wiejskie opowiadania – wpadłem na pomysł z plenerem. Podobnie ze zdjęciami. Niektórzy mówią, że niektóre opowiadania są wręcz pod zdjęcia pisane. Guzik prawda. Lubię czytać książki z reprodukcjami, z ilustracjami. I myślałem, co tu wykombinować? Są przecież autentyczne zdjęcia Feliksa Łukowskiego, czy Jurka Lewczyńskiego. No jakże tego nie dać! Przecież to ten klimat. Nie chodzi o dosłowność. One się tak idealnie wpasowały, że rzeczywiście wygląda jakbym niektóre teksty pisał pod zdjęcia, a to jest sprawa pomysłu, który przyszedł znacznie później. W moim odczuciu to się idealnie zakomponowało. Wszystko musi dojrzeć w swoim czasie… No dobrze: jedno zdanie napisałem pod zdjęcie! Pod to z okładki…

Teresa Madej – Co Marek Antoni Terlecki na to, że stał się bohaterem książki?

Adam Kulik – Marek  chyba się obraził, obruszył, ale to według mnie całkowite nieporozumienie, bo facet na tym poziomie powinien rozumieć, że to jest dzieło literackie. To tak jak by mieć pretensje do Wyspiańskiego, że napisał „Wesele”. No przecież on napisał utwór skończenie literacki posługując się autentycznym weselem, które oglądał na oczy. Tak samo i tu. To jest dzieło skończenie literackie, posłużyłem się postaciami, które znam, ale to nie jest książka o kimkolwiek żywym. A wracając do rozliczeń: komuna przecięła nam przez te 45 lat normalny sposób komunikowania się i życia we własnym kraju. Dzisiaj dopiero usiłujemy to odbudować. Trzeba dużego wysiłku i czasu żeby ludzie nauczyli się w sposób naturalny rozmawiać o wszystkim. Także i o tym, co wydaje się tabu.

Teresa Madej – Rozumiem, że w książce przypisałeś pewną rolę sobie?

Adam Kulik – Jestem tam dosłownie, z mamą i nianią, na fotografii Feliksa Łukowskiego.

Teresa Madej – Ale ja myślę o postaci/bohaterze książki?

Adam Kulik – Żona też mówi – siebie opisałeś. Ale to nie jest prawda. Jeśli już, to bardzo bardzo połowiczna. Dla mnie to postać  fikcyjna, tak jak dziewczyna z którą jeden z bohaterów jedzie nad Bug. Nikogo takiego jak ona nie znam i nie opisałem. Ale pewne rzeczy są autentyczne, np. opis kłótni, gdzieś tam zasłyszanej, opis nieistniejącego zamku, faktografia jakiegoś dramatu, np. śmiertelnego wypadku pod walącą się arkadą zamku.

Teresa Madej – Piszesz, że „Przedtem nikt nie upokarzał drugiego człowieka”.

Adam Kulik – A teraz tylko na tym polega uprawianie polityki. Przywalić opozycji i wylać komuś nocnik na głowę. Nawet nieboszczykowi. W Rzeczpospolitej od zawsze istniał szacunek dla majestatu śmierci, szacunek dla zmarłych, nawet dla skazanych bandytów na których wykonano wyrok. Sowiecka komuna to wyparła. Dziś musimy się uczyć normalnej rozmowy, nawet z tymi „ochłapami” komunistycznymi, które się nie zmienią. Jeżeli świadomość łagrów, tych milionów istnień, które zamarzły na Syberii, jeżeli to nikogo nie nauczyło do tej pory rozumu, to nie ma o czym rozmawiać. Z Millerem będziesz rozmawiać? On swoje wie, on dla szmalu, dla pozycji, on i Michnik – wszystko zrobi.

Teresa Madej – Co oznaczają słowa, że „Wszystko już było”?

Adam Kulik – Że wydarzenia, sytuacje życiowe powtarzają się co jakiś czas. I należy z tego wyciągać wnioski. Tylko naiwni sądzą, że przeżywają wszystko pierwszy raz pod słońcem.

Teresa Madej – Jest nadzieja? Jest dla nas światełko?

Adam Kulik – Myślę, że jest. Jak zaczniemy o tym wszystkim dyskutować, mówić w sposób normalny, to w końcu znajdzie się ktoś normalny, kto te 38 mln ludzi poprowadzi w sensowną stronę.

Teresa Madej – Gratuluję i przyznam, że czekałam na tę książkę od czasu naszej rozmowy we wrześniu 2008 r.

Adam Kulik – Dziękuję bardzo. Długo szukałem cytatu  z „Lamparta” Lampedusy. Czytałem tę książkę ze 30, 40 lat temu, pewne rzeczy kodują się w człowieku, jak to zdanie wzięte na motto. Wiedziałem, że ono jest, że te słowa padły i musiałem po latach przeczytać „Lamparta” jeszcze raz, choć mnie już nie interesował… Wydaje mi się, że motto jest strzałem w dziesiątkę…

* * *
Książka „Czas hieny” to trochę szelmowski Adam Wiesław Kulik, który mówi nam prosto w oczy, że „zgubiliśmy patriotyzm”. Uważa, że „trzeba wiedzieć kim byliśmy, żeby wiedzieć kim jesteśmy”. Autor stawia również pytania o człowieczeństwo. I odważnie mówi, że „Mądrość nie jest przywiązana do wykształcenia ani miejsca zamieszkania”. Ostrzega, że „Państwo, które nie inwestuje w naród, które potrafi tylko gnębić, padnie prędzej czy później”. Kulik rozmawia, dyskutuje z Czytelnikiem o sprawach fundamentalnych. Jak  ważna dla nas jest ta opowieść? Czasem dowcipna i ironiczna, czasem przybiera niemal wymiar Rejtanowski. Jest w niej też sporo melancholii, żalu za tym co odchodzi, i rodzaj mitologizacji wschodniej Polski. Jest też dużo nadziei na to, że człowiek może żyć w zgodzie ze swoją kulturą i tradycją, bo one są jego siłą. Siłą Adama Kulika jest autentyczna literatura. Dawno nie przeczytałam tak dobrej książki. Moim zdaniem „Czas hieny” ma zadatki na stanie się kultową. W jednej z miejscowości Zamojszczyzny, do jedynego egzemplarza książki Kulika, prowadzone są zapisy…

Adam Wiesław Kulik, Czas hieny, Wydawnictwo ARCANA, Kraków 2011, s. 435

autor / źródło: Teresa Madej Zamość onLine
dodano: 2012-08-10 przeczytano: 2661 razy.

______________________________________________________________

Jarosław  Sawic      Na taką miłość nas skazali…

 Czas hieny Adama Wiesława Kulika jest książką, która wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom. To zbiór prawie 60 miniatur prozą, impresji, ale i klasycznych opowiadań poświęconych życiu kresowej wsi na Ziemi Zamojskiej- tak prezentuje ją wydawca (warto zauważyć, że obszar ten to jedyny skrawek Wołynia, jaki znalazł się w granicach Polski po 1945 roku, stąd określanie go mianem Kresów jest jak najbardziej zasadne). Ze zdaniem tym polemizuje były redaktor naczelny kwartalnika „Kresy”- Grzegorz Filip definiując książkę jako niemal powieść, dużą formę epizodyczną powiązaną osobami bohaterów, jednością tematu, wspólnym miejscem akcji i ciągłością zdarzeń[1]. Godząc obydwa stanowiska, nazwałbym Czas hieny utworem z pogranicza krótkich, eklektycznych form literackich i otwartej formalnie powieści w typie Gry w klasy Julio Cortazara. Nie będę ukrywał, że lektura książki była dla mnie doświadczeniem bardzo osobistym. W Wożuczynie-Cukrowni – przedwojennej osadzie odległej o 2 km od wsi Wożuczyn, w której rozgrywa się akcja większości utworów zbioru – spędziłem większość mego dzieciństwa i ciągle regularnie ją odwiedzam, a Feliks Łukowski, którego fotografie wykorzystano w książce, był rodzonym bratem mojego dziadka. Gdy czytam o zapachu wody, mułu i tataraku w drodze z Wożuczyna do Cukrowni, pociągam nosem, aby przywołać barwę tej woni; nastrojową aleję, która lekko , po granitowej kostce unosi się w górę przemierzyłem dziesiątki tysięcy razy, a czytając o zamkniętej z powodu remontu knajpie w przygranicznym Dołhobyczowie, wspominam jak ubiegłego lata, jadłem tam frytki z żoną i synkiem w towarzystwie zalanych w cztery mikołaje, ale sympatycznych meneli. Na szczęście Czas hieny jest dziełem tak wieloaspektowym, że oddzielenie osobistych emocji od chłodnej, obiektywnej oceny nie należy do zadań karkołomnych. Po prostu jest to bardzo wdzięczny materiał do analizy.

Uderza przede wszystkim mozaikowe bogactwo formalne, swoboda stylizacji językowej  i finezja, z jaką autor operuje przeróżnymi konwencjami. Znajdziemy więc tutaj kilkunastozdaniowe miniatury, które śmiało można zaliczyć do prozy poetyckiej (Żar, Chłodny, Czarnolas).Tworzą one czasem swego rodzaju kontrapunkt do dłuższej noweli (np. Czaty słoneczne stanowią poetycką kodę opowiadania Plener). Następna kategoria obejmuje miniatury – dziesiątki rozmaitych scenek rodzajowych z życia lokalnej społeczności- najczęściej współczesnych, ale sięgających też do czasów PRL-u czy niemieckiej okupacji. Można je zaliczyć do nurtu prozy wiejskiej spod znaku Edwarda Redlińskiego, ale są nacechowane zdecydowanie indywidualnym kolorytem. Bywają drastyczne obyczajowo, niewolne nawet od pewnej dozy obsceniczności, ale też wyczuwa się w nich szczerą sympatię autora do ludzi i miejsc, o których pisze.  A pisze potoczystym, „tutejszym” językiem, który- pozostając bliskim gwarze lwowskiej – nie dorównuje jej wprawdzie wdziękiem i bogactwem odcieni znaczeniowych , ale zachowuje jej niepowtarzalną frazę i melodykę. Tak si tutaj mówiło, mówi i bedzi si zawszy mówić – powiedziałaby moja babcia – mieszkanka Cukrowni. Warto dodać, że równie przekonująco wypada w Czasie hieny stylizacja na język diametralnie odmienny- orwellowską nowomowę typową dla niekończących się zebrań i plenów partyjnych w opowiadaniu Schizma, cytoplazma, Kwirynał. Najlepsze z miniatur posiadają wszelkie walory wysokiej klasy literatury pięknej – ukazują jednostkowe wydarzenia w wymiarze uniwersalnym, poszukują w życiu malutkiej zbiorowości zamieszkałej tam, „gdzie diabeł mówi dobranoc” prawd aktualnych w każdym czasie i pod każdą szerokością geograficzną. Do takich należą choćby kapitalnie nakreślone portrety dziadów proszalnych (Indie pod Zamościem), miejscowego batiara (Jaśko biznesmen), wiejskich klanów (Jurczki), czy zatrutego denaturatem opoja (Manaszka). Trochę szkoda, że autor nie nasycił większej ilości utworów pierwiastkami ludowej baśniowości  ( tak jak to np. uczynił Kostek Biernacki w zbiorze przedwojennych, kresowych opowiadań Straszny gość), gdyż nieliczne próbki swoistego realizmu magicznego  w Komarowskich  diabłach, i zwłaszcza  w doskonałym  Sklęciu wypadają bardzo sugestywnie.

Są tu również stylizacje na naiwne, ludowe formy epistolarne i diariuszowe (List, List II, Raporty portiera Jana, Pamiętnik Mańki)  i tylko z pozoru im bliskie, przewrotne listy otwarte przedstawicieli lokalnej elity intelektualnej do najwyższych władz III RP   (Pizydor, List otwarty do Pana Wicepremiera…). To drapieżne, polityczne pamflety łączące elementy kabaretowych skeczów i absurdalnej groteski w nieomal witkiewiczowskiej manierze (tym osobliwszej,  że często aż do „bulu” rzeczywistej !). Zawartą w nich druzgocącą krytykę polskiej klasy (czy raczej deklasacji) politycznej najlepiej oddaje zdanie pointujące Pizydora, które i mnie bardzo często przychodzi na myśl (choć nie należę do apologetów Piłsudskiego): Za mordę trza by, jak Pan Marszałek Dziadek. Znalazło się też w zbiorze miejsce na rzecz zupełnie odrębną – groteskową miniaturę dramatyczną nawiązującą do konwencji Teatrzyku Zielona Gęś Gałczyńskiego (Malarstwo stosowane)

Osobną kategorię stanowią najdłuższe, kilkudziesięciostronicowe formy z pogranicza epiki, dramatu i eseistyki, gdzie szkicowo zarysowany wątek fabularny stanowi jedynie pretekst do silnie dygresyjnej, para-publicystycznej refleksji na temat kultury, historii i współczesności Polski (Plener, Gwiazda Południa, Ósmy dzień). Kulik ujmuje ją zwykle w postaci dialogu (ale pozbawionego polemicznego charakteru ) wykształconego tuziemca z przybywającym z „wielkiego świata” artystą, uzupełnionego jedynie szczątkowym opisem sprowadzonym do roli quasi-didaskaliów. Rozmowy te są autorskim komentarzem do wielu tematów: niezwykle ostrą diagnozą polskiej sceny politycznej, dokonaną wedle gogolowskiej zasady: jedyny porządny człowiek prokurator, ale i on – prawdę mówiąc – świnia; obrazem moralnego rozkładu zachodniej cywilizacji i  absurdów biurokratycznego molocha Unii Europejskiej; krytyką  zorganizowanej kampanii oskarżającej Polaków o antysemityzm i  udział w holokauście, czy próbą szczerego spojrzenia na stosunki polsko-ukraińskie z perspektywy mieszkańca ziem dotkniętego traumą ludobójczych mordów UPA .Melanż mocnego, męskiego języka z barokowym bogactwem środków stylistycznych i erudycyjnymi dygresjami zbliża te teksty do pisarstwa Waldemara Łysiaka. Wydaje mi się jednak, że pomimo wielu błyskotliwych i celnych konstatacji (choćby tak rzadkiego w Polsce rozgraniczenia między rosyjskością, a sowietyzmem: Żaden naród na świecie nie dostał w dupę tak jak Rosjanie. Żaden nie był tak upodlony i ciemiężony przez swoich), które czasem przybierają wręcz formę bon motów (świat zaprogramowany racjonalnie, z dużą dozą estetyzmu trwa jak monument (…), zawsze kradli, w starożytnym Rzymie też)  są to najmniej oryginalne fragmenty książki i można by część z nich skrócić bez uszczerbku dla artystycznej wartości zbioru. Na przykład dysputa na temat relacji polsko-żydowskich w Ósmym dniu jest w zasadzie auto-parafrazą rozmowy z  poprzedzającej ją Gwiazdy Południa, łącznie z tezą o pochodzeniu Żydów polskich od  tureckiego ludu Chazarów  (nota bene jednej z pisarskich obsesji Teodora Parnickiego). Uważam też, iż lepsze efekty osiąga Kulik  poruszając tę problematykę nie expressis verbis , ale ukazując je w sposób pośredni – poprzez pryzmat lokalnej anegdoty (choćby w doskonałym Głosowaniu, komentarzu do drugiej tury wyborów prezydenckich z 1995 roku).

Jednak i w tej kategorii tekstów znajdziemy rzecz znakomitą – opowiadanie Nad Bugiem, kondensujące niczym w pigułce najlepsze cechy książki. Rozbudowane wątki kulturowo-społeczne są w nim osadzone na solidnym fabularnym fundamencie i wzbogacone kapitalnymi opisami kresowego  pejzażu. Opowiadanie łączy cechy wyjątkowego, literackiego przewodnika po mniej bądź bardziej malowniczych miejscowościach Grzędy Sokalskiej i Kotliny Hrubieszowskiej (od Tyszowiec po Hrubieszów), historycznego dyskursu obejmującego niemal  2 tysiące lat (począwszy od cmentarzysk Gotów w okolicach Masłomęcza, poprzez wyprawy Bolesława Chrobrego  na Grody Czerwieńskie i siedemnastowieczne  wojny polsko-kozackie, a  skończywszy na rzeziach UPA ) i smakowitego czytadła doprawionego pikantną erotyką.

Na koniec warto podkreślić, że autor stara się osadzić mikroświat kresowej społeczności nie tylko w kontekście szerokiego spektrum kultury polskiej (nawiązując np. do Szkiców piórkiem Bobkowskiego, czy twórczości Franciszka Lessla – kompozytora dziś zupełnie zapomnianego, a na początku XIX w. najwybitniejszego przedstawiciela klasycyzmu wiedeńskiego w Polsce), ale też lokuje go w  uniwersum kultury śródziemnomorskiej, a nawet światowej, o czym zresztą świadczy już samo motto książki zaczerpnięte z Lamparta G. Tomasiego di Lampedusy. Tę inklinację świetnie ilustruje poetycka miniatura Z Czarnolasu, gdzie obok czytelnego nawiązania do Kochanowskiego w tytule, zakodowane są odniesienia o niebo mniej oczywiste: cytat z Konfucjusza i aluzja do wiersza Błękitna hortensja Rilkego. W Rzemieniach metafizyki pojawiają się greckie i renesansowe toposy, a w wieńczących zbiór Hetytach Kulik przeprowadza bardzo oryginalną analogię (nie powstydziłby się jej sam Zbigniew Herbert!) między historią Polski, a państwem Hatti , o którym pamiętają dziś tylko historycy starożytności, mimo iż przed tysiącleciami skutecznie rywalizowało z Egiptem o dominację w antycznym świecie. Koresponduje to z przywołanym na kartach książki cytatem z Nietzschego, że przetrwają narody, która mają lepszą pamięć. To konkluzja w skali makro – odnosząca się do polskiej państwowości. Natomiast w skali mikro – dotyczącej małej, kresowej ojczyzny przychodzi mi na myśl znacznie bardziej dosadny cytat z opowiadania Plener: kradniesz- kradnij, ale skurwysynu- nie niszcz. Symboliczne jest, że założona w 1913 roku  w Wożuczynie cukrownia przetrwała i pierwszą wojnę, i kryzys gospodarczy roku 1929, i lata hitlerowskiej okupacji, i cały okres PRL, a zmogła ją dopiero  III RP . W połowie lat 80., czasach mego wczesnego dzieciństwa i szarym przecież okresie rządów Jaruzelskiego w osadzie było doskonale funkcjonujące kino, niezła biblioteka, hotel pracowniczy i pięknie utrzymany park z wytwornym starodrzewem . Dziś park zarósł gigantycznymi chwastami i tonie w syntetycznej padlinie śmieci , budynek kina straszy wybitymi oknami, a zlikwidowana przed paroma laty cukrownia  przeznaczona jest do kompletnej rozbiórki – wkrótce nie zostanie z niej kamień na kamieniu. Gdy patrzę na to wszystko serce mi się ściska i mogę  powtórzyć tylko słowa z wiersza Herberta: na taką miłość nas skazali, taką przebodli nas ojczyzną…

Jarosław Sawic

Adam W. Kulik Czas hieny, Wyd. Arcana, Kraków 2011 s. 346.

[1] Grzegorz Filip, Czas hieny, na podstawie strony internetowej http://grzegorzfilip.wordpress.com/2012/04/16/czas-hieny/

______________________________________________________________

„Lublin. Kultura i Społeczeństwo” nr 3(59) 2014

 Krzysztof Wołowiec Obsiadły nas hieny, szakale…

 Czas hieny Adama Wiesława Kulika ukazał się trzy lata temu w wydawnictwie Arcana – dla jednych bardzo trefnym, dla innych bardzo przyzwoitym. Książka wyjątkowo na czasie, dobrze napisana, rzucająca wyzwanie skundlonemu czasowi, skundlonym politykom, skundlonej rzeczywistości, a jakby trefna. Niby recenzowana, a jednocześnie jakby i przemilczana. Jeśli recenzowana, albo publicznie czytana, to jakby chyłkiem, z pominięciem najważniejszych poruszonych w niej kwestii.

Rzecz jest wielowymiarowa, wielopoziomowa, poruszająca wiele spraw, którymi dziś żyją Polacy, przy tym napisana z werwą, z ikrą, autor z opowiadania na opowiadanie jakby rozkręcał się coraz bardziej. Robi wolty jakby bawił się treścią, wraca do wątków raz poruszonych, to znów porzuca je by błysnąć nowym, formalnym fajerwerkiem. Mamy tu wieś gierkowską w całej okazałości, ale też i całkiem współczesną, rozparzoną politycznie, i tę sprzed 300 lat w rodzinnych przekazach. Jest siermiężna, kresowa, nadbużańska bieda ale i wyszukany, wydelikacony, „światowy” świat artystów malarzy, którzy zjechali na plener. Są odwieczne dyskusje o istocie sztuki, reminiscencje wojenne, nocne rodaków rozmowy pisane bez politpoprawności, bez autocenzura, i sarkastyczna parodia przemówienia komunistycznego genseka z 13 grudnia 1981, ubrana w formę przedstawienia teatralnego. Jest zjadliwa krytyka „gówniarzy podziemnej bohaterszczyzny”, którzy zdradzili Solidarność i 40 milionów Polaków, i lekcja mądrego patriotyzmu w opowieści ułana, który bił się w roku 1920 z sowietami. Słowem, nasza skrzypiąca rzeczywistość we wszystkich odmianach i odcieniach.

Ziemia Zamojska, wieś zamojska zyskała swojego barda – jak reymontowskie Lipce, czy tetmajerowskie Podhale. Przypuszczam, że niewiele osób na Zamojszczyźnie, może prócz kilku, kilkunastu pisarzy, ludzi sztuki, zdaje sobie sprawę, jak trwały pomnik tej ziemi i jej ludziom autor wystawił. Kulik nie tylko trzeźwo ogląda wiejski świat, świetnie zresztą podpatrzony i opisany z wszystkimi niuansami. Nie stroni od scen drastycznych, jeśli trzeba, ostrych. Przede wszystkim buduje mitologię kresowej, nadbużańskiej wsi, nadaje jej codziennemu, siermiężnemu bytowaniu wymiar uniwersalny, ponadczasowy. Jak Tetmajer, Reymont, jak Tadeusz Nowak w A jak królem, a jak katem będziesz…. Rytując drobiazgowe, pełne życia detale, kreślone soczystym, pełnym tego życia językiem, pochyla się jednocześnie nad jej mieszkańcami z – powiedziałbym – kosmicznym dystansem, z wyrozumiałą delikatnością, z czułością patrzącego z góry demiurga. Zdaje się mówić: wiem, niektórzy z was żyją jak żule, jak lumpy, kradniecie, rozbijacie się, szamoczecie się w beznadziejnej, codziennej krzątaninie, ale w tym wszystkim nie odbiegacie od salonowych lwów z pierwszych stron gazet, od politycznych pajaców w garniturach za dziesięć tysięcy. Oni też łżą, kradną, pogardzają innymi. Nie jesteście od nich gorsi, przeciwnie: żaden z nich nie powie: „Kradniesz – kradnij, ale skurwysynu – nie niszcz”. Jeżeli mam wybierać pomiędzy szumowiną ze wsi a szumowiną z pałacu premiera, wybieram któregoś z was. Bo zdołaliście zachować szczerość i elementarne poczucie przyzwoitości, które pozwalają mieć nadzieję. Tamci, prócz cynizmu, nie mają już nic.

Pomyślałem, że byłoby interesująco zderzyć Czas hieny z najlepszymi rzeczami pisarzy okrzyczanych w ostatnich latach na literackie wielkości. Przeczytałem jeszcze raz Raport o stanie wojennym Marka Nowakowskiego i Traktat o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego. Pierwsza, dawna lektura zniechęciła mnie do Raportu…. Uznałem wówczas, że część wojennych szkiców jest spreparowana w pośpiechu za biurkiem, nieautentyczna. Są pisarze, którzy nie piszą ale właśnie preparują, zamiast beletrystyki płodzą referaty na temat (tak właśnie odbieram dokonania Wiesława Myśliwskiego, „największego żyjącego powieściopisarza polskiego” jak mówią niektórzy). Dzisiaj Nowakowski wydał mi się znacznie bliższy czasom, które opisywał. Forma jego szkiców nadal mnie jednak nie przekonała. Rzadko w Raporcie… błyśnie opowiadanie z prawdziwego zdarzenia, najczęściej są to napisane tzw. językiem literackim (sztucznym, skonstruowanym nie na wtorek czy czwartek, a na niedzielę), z lokalnymi czy gwarowymi wtrętami, ledwie wprowadzenia do opowiadań, wstępne szkice ledwie coś zapowiadające. Czasem nawet bez sensu, bez pointy urwane (Paw). Jest w tym zapis klimatu dni, sytuacji, tamtego konkretu, nie ma wielkiej literatury. Za jakiś czas będzie to materiał dla socjologa i historyka. Z kolei Traktat o łuskaniu fasoli to droga przez mękę. W radiowej Dwójce płynie Hrabal w mistrzowskiej interpretacji Wiktora Zborowskiego, a ja trzeci dzień katuję się Myśliwskim. Nikt tak piękniej nie potrafi zamulić, zarobić, zmemłać języka jak on. Cały Traktat… to powolna, leniwa rzeka słów, meandrująca co kilkanaście stron. Meandry, to nic innego jak mini traktaty (półtraktaty?, półreferaty?) na tematy skończenie oczywiste, pławiące się w oczywistościach. Chcecie wykład o elektryfikacji wsi? Proszę bardzo! O kapeluszach? O wigilii? O psach? Na temat golenia się? O brzytwie (jak się robi, z jakiego materiału, jak się golić). O grze na saksofonie? Jeśli nie macie pojęcia jak zbudować latrynę, znajdziecie odpowiedni wykład u Myśliwskiego[1]. Nawet na temat chrapania możecie się dowiedzieć „rewelacyjnych” rzeczy (strony 336-351!). Rozmawiałem kiedyś z Henrykiem Berezą nt. Kamienia na kamieniu; to gigantyczny referat, nie powieść – przekonywałem. Jeśli Myśliwski opisuje kurę lub drzewo, od razu musi wymienić 10 gatunków kur i 15 gatunków drzew, tak nie pisze się powieści! Bereza miał, oczywiście, zupełnie inne zdanie. I tu dochodzimy do osobnego zagadnienia: co znaczą te wszystkie Nike i medialny splendor? Nic. Za 50 lat jeszcze bardziej nic. Problem w tym, że leniwa rzeka słów płynie u Myśliwskiego do nikąd, niczego nie odkrywa, nie tylko nie zbawia narodów, także pojedynczych ludzi. Żyjemy w ciekawym czasie i w ciekawym miejscu – nic z tych rzeczy u Myśliwskiego nie znajdziecie. Rzecz „dzieje się w Polsce, czyli nigdzie”, by przywołać innego literackiego mądralę.

U Nowakowskiego czy Myśliwskiego niemożliwe są takie odjazdy jak Jaśminowe klątwy, Hetyci, Pizydor, Malarstwo stosowane, Pigwa czy skarykaturyzowane przemówienie genseka Jaruzelskiego pt. Schizma, cytoplazma, Kwirynał. Nie ta lekkość pisania, nie ta wyobraźnia i nie ta swoboda w posługiwaniu się formą, przede wszystkim nie ten język! Przy nich Kulik objawia się jako mistrz formy. Od czasu do czasu i u Kulika wpadamy na tzw. język literacki. Mówi nim część artystów, przybyszów, którzy zawitali na plener do Królewskiego Dworu. Trudno przecież, żeby mówili na tę okoliczność gwarą. Ale nie ten język nadaje ton książce – chłopi mówią swoją mową (niepodrabianą, autentyczną!), inteligencja wiejska wysławia się inaczej, jeszcze inaczej rozmawiają artyści malarze – każdy ma coś swojego, odrębnego, indywidualizującego język (Tarnawski, pani Grażynka, Myrosław ze Lwowa, i in). Jeśli miałbym szukać porównań, powiedziałbym, że autor Czasu hieny jest znacznie bliżej poziomu Cortazara z Gry w klasy czy Izaaka Babla z Konarmii, niż obaj wymienieni polscy pisarze razem wzięci. Nie przypadkowo przywołuję nazwiska Cortazara i Babla w kontekście prozy Kulika, w Czasie hieny czuje się ich wyraźny oddech.

Przy całym, pyszniącym się kolorami opisie wiejskich spraw nie jest to książka o wsi, a tym bardziej o chłopach. Mam wrażenie, że dla autora najważniejsze było postawienie sobie (i czytelnikom!), szeregu ważnych pytań dotyczących rzeczywistości, w której żyjemy. I próba szczerej, bezkompromisowej odpowiedzi na nie. Oto pierwsze z brzegu: jeżeli rządzi nami polski rząd, dlaczego odcina nas od własnej historii wyrzucając ją ze szkół, od własnej kultury, wprowadzając zamiast nich narracje, które czynią z młodego pokolenia bezwolną, bezideową magmę? Z jakiego powodu wmawia się nam antysemityzm, skoro większość mieszkańców Polski dawno zapomniała, że kiedyś żyła tu diaspora żydowska, a […] żona obecnego prezydenta ma korzenie żydowskie, także redaktor naczelny największego dziennika w kraju, dziennika fałszującego naszą, polską historię? (Patrz tekst w „Gazecie Wyborczej” o „dobrodziejstwach rozbiorów” Polski). Z jakiego powodu oficjalna propaganda rządowa kreuje na naszych największych przyjaciół Niemców i Rosjan, gdy zewnętrzne, obiektywne fakty świadczą, że jesteśmy ubezwłasnowolniani gospodarczo i politycznie? Dlaczego rząd nie próbuje skierować dyskusji o ludobójstwie na Wołyniu na merytoryczne tory, pozwalając Ukraińcom na fałszowanie wspólnej historii i zrównywanie oprawców z ofiarami?

I Kulik daje odpowiedzi na te pytania upominając się o oczywistość, że we własnym kraju, we własnym domu mamy prawo mówić o wszystkim i pytać o wszystko, nawet jeśli dla kogoś, np. dla Żydów, Rosjan, Ukraińców czy Niemców, z różnych względów, jest to niewygodne. Nawet jeśli błądzimy, jeśli nie wszystko potrafimy osądzić sprawiedliwie. Nie ucieka przy tym od odpowiedzialności: dla bohaterów jego książki zbrodniarz jest zbrodniarzem bez względu na narodowość czy wyznanie. W nocnych rodaków rozmowach nie chroni własnych zdrajców czy bandytów, próbuje jedynie ustalić proporcje win i skalę przekłamań. W tym znaczeniu książka ma kapitalne znaczenie. Nie wiem na ile będzie to trafna diagnoza: przychodzi myśl, że autor drążył najtrudniejsze problemy naszej rzeczywistości, by samemu się od nich uwolnić. Można by autora o to zapytać, tymczasem tzw. publikatory zamiast wykorzystać ją jako pretekst do szerszej dyskusji, rozpływają się o związkach homoseksualnych, tęczach, „ślubach” gejów, palikociarni i „zajęciach z seksu” dla czterolatków. Nie wynika to z zachwiania proporcji, to miara degrengolady życia publicznego pomiędzy Bugiem a Odrą.

Chowanie, przemilczanie Czasu hieny (znakomicie trafiony tytuł, wyciągnięty z Lamparta Lampedusy), niewiele da. Prędzej czy później ta książka upomni się o swoje. Lublin ma rasowego prozaika, byłoby dobrze, gdyby Lublin się o tym dowiedział.

Styczeń 2014

Krzysztof Wołowiec

 

Adam Wiesław Kulik, Czas hieny Wyd. Arcana, Kraków 2011, s. 436.

[1] Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli Kraków 2007, s. 290.

______________________________________________________________

Tagi: kulik czas hieny

Zobacz podobne:
Spotkanie z Adamem Kulikiem / 2013-01-11
Jachymek i Radej: Czas poetów / 2012-11-12
Spotkania z historią w CKF „Stylowy”. Zamojski Przegląd Filmów Historycznych / 2012-10-30
Stacho Jachymek, Adam Kulik, Henryk Radej – ich czas / 2012-10-26
Adama Kulika „Czas hieny”, czyli odważnie o pograniczu / 2012-08-04
Premiera filmu Adama Kulika o Leonie Wyczółkowskim / 2011-02-06
Porozmawiaj o Leśmianie u … Leśmiana / 2008-12-07
Jak Kulik Leśmiana wyśledził / 2008-11-08
„Leśmian, Leśmian…” w Księgarni im. Leśmiana / 2008-11-03
Czas hieny – rozmowa z Adamem Kulikiem / 2008-09-16

==============================================================

LEŚMIAN, LEŚMIAN…

http://www.rp.pl/artykul/948544.html?print=tak&p=0

newba.rynek-ksiazki.pl/recenzje/lesmianlesmian_4477.html?rate=10           Znalezione obrazy dla zapytania bolesław leśmian

 

Poznańskie Studia Polonistyczne

Seria Literacka 16 (36)

 

Ewa Rajewska

„Taki nieciekawy człowiek…”.

Wokół biografii Bolesława Leśmiana

Jak wiadomo, twórczość Bolesława Leśmiana uznanie czytelni-

ków — zwykłych i profesjonalnych — zdobywała sobie bardzo

powoli. Zanim krytyka uznała autora Łąki za jednego z najwy-

bitniejszych polskich poetów XX wieku, przez lata z racji daty

urodzin, późnego debiutu i powierzchownie ocenianej stylisty-

ki, a pewnie także animozji na tle osobistym i „narodowościo-

wym”, Leśmiana postponowano. Pozycja poety poprawiła się

po przyjęciu go do Polskiej Akademii Literatury (nie znalazł się

jednak w pierwszym zestawie nominatów, został dokoptowany)

w roku 1933, zatem cztery lata przed śmiercią. Tak naprawdę

umocniły go na parnasie dopiero odczytania odwilżowe i po-

odwilżowe: Michała Głowińskiego, Zygmunta Kubiaka, Jerze-

go Kwiatkowskiego, Jacka Trznadla, i trochę późniejsze: Artura

Sandauera i Kazimierza Wyki (trzeba jednak zaznaczyć, że obaj

krytycy zajmowali się Leśmianem już wcześniej, tuż po wojnie),

a także wypowiedzi Juliana Przybosia i Mieczysława Jastruna.

Ten ostatni szkicem z 1960 roku ogłosił „Zmartwychwstanie Le-

śmiana”. Docenieniu twórczości poety po roku 1956 towarzy-

szyły nie tylko reedycje (Poezje zebrane, 1957) i pierwsze wydania

jego dzieł (Klechdy polskie, Londyn 1956, Warszawa 1958), lecz

także zainteresowanie jego biografią. To właśnie wówczas Jacek

Trznadel opublikował Z pism Bolesława Leśmiana: Utwory roz-

proszone. Listy (1962). Wtedy też ukazały się liczne szkice wspo-

mnieniowe i biograficzne na czele z opracowanymi przez Zdzisła-

wa Jastrzębskiego wieloautorskimi Wspomnieniami o Bolesławie

Leśmianie (1966), wśród których znalazły się m.in. wypowiedzi

córki poety — Marii Ludwiki Mazurowej, kuzyna — Jana Le-

smana, któremu Leśmian wymyślił pseudonim „Brzechwa” (ar-

gumentując, że „nie powinno być dwóch poetów o tym samym

nazwisku. — Pomyśl — mówił — jakie to piękne: opierzona część

 

142 Ewa Rajewska

strzały”1), przyjaciela z hrubieszowskiej palestry — Zygfryda

Krauzego czy Juliana Tuwima.

Druga fala zainteresowania biografią Leśmiana — poety

osobnego, prowincjusza z Warszawy, mizantropa o bujnym ży-

ciu towarzyskim — kulminowała na początku XXI wieku, kiedy

swoje książki biograficzne wydali trzej wybitni leśmianolodzy:

Piotr Łopuszański, Jarosław Marek Rymkiewicz i Adam Wiesław

Kulik.

 

  1. Niepoprawny marzyciel

Prawdziwy poeta wszystko może

przezwyciężyć prócz miłości!

wuj Tarabuk

Leśmian Piotra Łopuszańskiego, wydany w 2000 roku w po-

pularnej serii Wydawnictwa Dolnośląskiego „A to Polska wła-

śnie”, jest pierwszą biografią Bolesława Leśmiana. Czy może ra-

czej: Bolesława Leśmiana i Bolesława Stanisława Lesmana. Sam

poeta wyraźnie rozgraniczał życie literackie od zawodowego,

swoje utwory podpisywał pseudonimem podsuniętym mu przez

kuzyna, Antoniego Langego (wyjątkiem były debiutanckie Sek-

styny z 1895 roku, podpisane „St. Lesman”), w korespondencji

prywatnej dopiero około roku 1910 zaczął zastępować nazwisko

pseudonimem, akty notarialne natomiast zawsze sygnował na-

zwiskiem rodowym. Łopuszański nie zawęża swojej książki do

biografii literackiej, mimo że aktywność Bolesława Lesmana

w palestrze była ograniczona do niezbędnego minimum.

Leśmian Łopuszańskiego to, zgodnie ze specyfiką całej serii

wydawniczej, książka popularnonaukowa — bardzo ciekawa,

umieszczająca chronologicznie opowiedzianą biografię poety-

-notariusza w kontekście historycznym (w tym oczywiście hi-

storycznoliterackim), społeczno-kulturalnym, politycznym

nawet, z miniantologią utworów (zawierającą „teksty odzwier-

ciedlające ewolucję twórczą Bolesława Leśmiana”2, toteż obec-

ność mowy pogrzebowej Romana Kołonieckiego może dziwić),

wybraną bibliografią podmiotową i przedmiotową oraz bogac-

twem fotografii nie tylko rodzinnych. Dużym atutem są koloro-

we reprodukcje obrazów Zofii Leśmianowej, zapoznanej, bardzo

______________

  1. Brzechwa, Niebieski wycieruch, w: Wspomnienia o Bolesławie Leśmianie,

oprac. Z. Jastrzębski, Lublin 1966, s. 84.

2. Łopuszański, Leśmian, Wrocław 2000, s. 215, dalej w tekście oznaczam

jako L.

 

„Taki nieciekawy człowiek…”. Wokół biografii Bolesława Leśmiana 143

interesującej malarki, a także dzieł kuzynki i przyjaciółki Le-

śmiana, Celiny Sunderland, w tym jej słynnego portretu Dory

Lebenthal.

Akrybia Łopuszańskiego jest bezprzykładna, co widać choć-

by przy ustalaniu daty urodzin Leśmiana. Dotychczas była to

kwestia sporna. Najbardziej wiarygodna wydawała się data

22 stycznia 1877 roku, potwierdzona odpisem świadectwa uro-

dzenia i chrztu poety, znalezionym przez Jastrzębskiego w ar-

chiwum Państwowego Biura Notarialnego w Zamościu (sam

Leśmian twierdził jednak, że urodził się w roku 1878, a na jego

grobie wyryto rok urodzenia podany przez Brzechwę: 1879). Ło-

puszański dotarł do aktu chrztu poety w księgach parafialnych

katedry św. Jana w Warszawie, który potwierdza datę urodzin

podawaną przez Jastrzębskiego: 22 stycznia 1877 roku. Innym

przykładem sumienności badacza jest konsekwencja w stosun-

ku do „chróśniaka”, który na pierwszy rzut oka może szokować.

Biograf tłumaczy, że Leśmian w obu przygotowanych przez sie-

bie wydaniach Łąki stosował zapis „chróśniak” i jest to odwoła-

nie do Mickiewicza (L 126, 221).

Jak na biografię popularną „ja” biografa zaznacza się w książ-

ce dosyć silnie, Łopuszański nie stroni też od wyrazistych są-

dów:

Trzeba powiedzieć wyraźnie: Bolesław nie zachował się przyzwoicie

wobec żony. (L 72)

Leśmian był wielkim poetą, ale urzędnikiem państwowym — bez-

nadziejnym. (L 161)

W czasie obrad Akademii [Literatury — E.R.] Leśmian rzadko zabie-

rał głos. Podczas głosowania zajmował na ogół stanowisko konser-

watywne. Interesowały go głównie uposażenia akademików. (L 174)

W marcu [1937 roku — E.R.] Leśmian wpadł na jeden ze swoich

fantastycznych pomysłów. Postanowił wydawać pismo dla mło-

dzieży. […] Była to jeszcze jedna mrzonka, jedna z tych, którymi

przez lata łudził siebie i swoich bliskich (L 185, 188)

W kolejnych książkach biograficznych Łopuszańskiego tak

mocnych ocen nie znajdziemy. Kolejnych, bo Łopuszański napi-

sał jeszcze dwie biografie Leśmiana — obok licznych artykułów,

które opublikował w pismach naukowych, literackich i kultu-

ralnych. Jak sam pisze, badaniem twórczości i biografii Leśmiana

zajmuje się od 1986 roku. Po lekturze Zofii i Bolesława Leśmia-

 

144 Ewa Rajewska

nów (Wydawnictwo Literackie, seria „Pary”, 2005) i Bolesława

Leśmiana. Marzyciela nad przepaścią (Wydawnictwo Książkowe

Twój Styl, seria „Biografie”, 2006) można odnieść wrażenie, że

Łopuszański od lat pracuje nad tą samą książką, którą rozszerza,

uzupełnia i wydaje pod różnymi tytułami (i w różnych wydaw-

nictwach).

Biografia podwójna: Zofia i Bolesław Leśmianowie rozcza-

rowuje. Zofia w tej książce, tak jak i za życia, niknie w cieniu

Bolesława. Mimo genealogii, informacji o studiach malarskich

w warszawskiej Szkole Rysunkowej Wojciecha Gersona i w pa-

ryskiej Akademii Juliana, fragmentów recenzji z wystawy jej

prac w „Zachęcie” w roku 1917 i opisu losów po śmierci męża —

informacji o żonie poety mamy niewiele i biografa pewnie trud-

no za to winić.

Najnowszy Bolesław Leśmian. Marzyciel nad przepaścią Ło-

puszańskiego jest bez wątpienia także najlepszy. Jest znakomity.

To biografia niezwykle sumienna, ciekawie rysująca panoramę

życia literackiego międzywojnia, zawierająca interesujące uwagi

o Teatrze Artystycznym Leśmiana (autor czytał rozprawę Do-

brochny Ratajczakowej), całe sagi kilkakrotnie skoligaconych

rodzin Lesmanów i Sunderlandów (do narodzin poety dociera-

my dopiero na 56 stronie), a także Chylińskich — przodków Zofii

Leśmianowej, imponującą bibliografię podmiotową i przedmio-

tową doprowadzoną do 2005 roku (i tylko indeksu osobowego

brak). Recepcja twórczości Leśmiana do czasów II wojny świa-

towej została przez Łopuszańskiego gruntownie przebadana

i opisana; późniejszy odbiór — zasygnalizowany i skomentowa-

ny; sama twórczość — omówiona; dokumenty notarialne, od-

pisy aktów urodzenia i zgonów — odnalezione i przeanalizowa-

ne; miejsca związane z Leśmianem — odwiedzone. Ta książka

Łopuszańskiego jest też bardziej wyważona i dyskretniejsza od

pierwszej. Nie ma już w niej komentarzy, że Leśmian zacho-

wywał się nieprzyzwoicie wobec żony, że na posiedzeniach PAL

ożywiał się tylko przy omawianiu kwestii finansowych, brak też

(niepotwierdzonej) anegdoty o Dorze wdzierającej się do kara-

wanu z trumną Leśmiana.

W obu późniejszych książkach dyskretnie zaznacza się chęć

poprawiania Jarosława Marka Rymkiewicza, którego Leśmian.

Encyklopedia ukazał się nakładem Wydawnictwa Sic! w roku

2001, rok po pierwszym Leśmianie Łopuszańskiego. Encyklo-

pedia Rymkiewicza sprawia wrażenie encyklopedii „osobistej”.

Może nawet z pewną dezynwolturą napisanej? Znać ją w dobo-

rze haseł — znajdziemy wśród nich zagadnienia z bardzo róż-

nych poziomów, o bardzo różnym ciężarze gatunkowym, jak

 

„Taki nieciekawy człowiek…”. Wokół biografii Bolesława Leśmiana 145

gdyby Rymkiewicz stawiał „Ból”, „Heideggera Martina”, „Od-

człowieczenie” i „Potwory” na równi z „Ubraniami Leśmiana”

i „Miłościami Leśmiana”, a nawet „Defraudacją” i „Parcelami

budowlanymi na Mokotowie”. Być może prawdą jest, że „Any

philosophy that can be put in a nutshell deserves to stay there”,

jak twierdził Sidney J. Harris, słynny felietonista „Chicago Daily

News” i „Chicago Sun Times”. Jednak do wykładu Rymkiewi-

cza na temat „Wesen” Mistrza Eckharta (hasło: „Wesen”), kate-

gorii, w której Rymkiewicz dopatruje się podobieństwa do Le-

śmianowskiej „nicości”, bon mot Harrisa stosowałabym bardzo

niechętnie.

Różnicę metodologiczną w podejściach Łopuszańskiego

i Rymkiewicza do zagadnienia biografii dobrze ilustrują dwa cy-

taty:

Co do światopoglądu poety, to nie przyjmowałem a priori — pi-

sze Łopuszański — żadnych tez o jego bergsonizmie czy innym

izmie, jaki rzekomo Leśmian wyznawał. Analizowałem jego teks-

ty, zwłaszcza szkice filozoficzne i estetyczne, a także wypowiedzi

zawarte w listach oraz relacje wspomnieniowe. Na podstawie tego

materiału dochodziłem do konkluzji, jaki światopogląd poeta wy-

znawał naprawdę 3.

W książce jest całość naszej obecnej wiedzy o najważniejszych wy-

darzeniach w życiu Leśmiana — całość, jak zawsze w takich wypad-

kach, niecała, ale akurat tak niecała, jak niecała jest nasza wiedza

o życiu każdego człowieka i jak niecałe (nieskończone i nieogarnio-

  1. ne) jest zawsze i wszędzie każde życie — pisze Rymkiewicz w swoim

wstępie, a w haśle „Iłża — chruśniak malinowy” dodaje — że ił-

żecki maliniak ma, a raczej miał coś wspólnego z malinowym chru-

śniakiem z Łąki, to nie ulega wątpliwości — choć lepiej nie wdawać

się w ustalanie, na czym taka wspólnota mogłaby polegać, ponieważ

z tym problemem (co łączy poezję z życiem poety — także ze zrywa-

nymi przez niego malinami) nie potrafią się, jak dotychczas, uporać

najsubtelniejsi teoretycy literatury 4.

Łopuszański (z wykształcenia filozof) nie tylko wierzy

w możliwość dotarcia do prawdy o poecie — on wierzy, że do

niej dociera; Rymkiewicz zadowala się (kokieteryjnie?) próbą

„niecałej całości”. Leśmian. Encyklopedia to portret Leśmiana

według Rymkiewicza, nakreślony z całą świadomością swej arbi-

_____________________

3.Łopuszański, Bolesław Leśmian. Marzyciel nad przepaścią, Warszawa

2006, s. 8, dalej w tekście oznaczam jako LM.

4. J.M. Rymkiewicz, Leśmian. Encyklopedia, Warszawa 2001, s. 5, 113.

 

146 Ewa Rajewska

tralności; konstrukcją do złudzenia przypomina Abecadło Miło-

sza. „Abecadło Leśmiana” ułożone przez Rymkiewicza to alfabet

prywatny, czytelny dla osób, które mają już własne leśmianow-

skie alfabety i chcą je skonfrontować z cudzym. Jest fascynujący,

ale nauczyć się z niego sylabizować byłoby raczej trudno. Z Ma-

rzyciela nad przepaścią Łopuszańskiego — przeciwnie, ten jest

poukładany wyśmienicie, a przez to mniej wymagający w odbio-

rze. Badacz wnikliwie przeczytał chyba wszystko, czym na temat

Leśmiana dysponujemy (korzystał także z badań Kulika, przed

wydaniem książkowym opublikowanych częściowo w prasie li-

terackiej), umiejętnie wyzyskał fakty z listów i wspomnień oraz

najciekawsze anegdoty, poukładał je chronologicznie i dołączył

wyniki własnych poszukiwań (genealogiczne sięgają początków

XIX wieku), a miejsca niedookreślenia wypełnił swoimi hipote-

zami, zaznaczając wszakże, że to robi. Biografie — bo nie tylko

ostatnia — napisane przez Łopuszańskiego zwracają uwagę czy-

telnika na fakt, że Leśmian nie był, jak zwykło się uważać, pro-

wincjonalnym notariuszem z Hrubieszowa czy, później, z Zamo-

ścia. Urodzony warszawiak, od ukończenia studiów prawniczych

w Kijowie w roku 1901 do roku 1915 z przerwami na wyjazdy

zagraniczne mieszkał w Warszawie i brał czynny udział w życiu

literackim, także — z dużym upodobaniem — w tej jego części,

która toczyła się w kawiarniach. Po przeprowadzce na prowin-

cję nadal znaczną część roku spędzał w Warszawie (posadę no-

tariusza w Hrubieszowie objął 5 września 1918 roku, a już cztery

dni później wystąpił o miesięczny urlop, po nim zaś o kolejne;

do końca roku przepracował w hrubieszowskiej kancelarii około

miesiąca — LM 271, L 135, 138) i do stolicy powrócił w 1935 roku,

dwa lata przed śmiercią.

Przy tym wszystkim założenia metodologiczne Łopuszań-

skiego wydają się kontrowersyjne. Trudno mu przyznać słusz-

ność, kiedy pisze:

Rola biografii w poznaniu dzieła jest ogromna. Bez wiedzy o ro-

mansie poety z Dorą Lebenthal moglibyśmy opacznie interpretować

erotyki Leśmiana, zwłaszcza cykl W malinowym chruśniaku. Był

taki krytyk, który wiersze z tego cyklu interpretował symbolicznie,

a dom ciotki poety nazywał nie wiadomo czemu Domem Umarłych.

[…] Wielu badaczy poezji Leśmiana w ogóle nie zna szczegółów bio-

graficznych autora Łąki, w związku z czym, analizując jego utwory,

abstrahują od faktów, do których wiersz czy książka się odwołuje,

mylą chronologię, błędnie uważają za symbol coś, co na przykład

jest opisem realnego miejsca, i tym podobne. (LM 7-8)

 

„Taki nieciekawy człowiek…”. Wokół biografii Bolesława Leśmiana 147

Kiedy alegoreza jest uzasadnioną strategią lektury, a kiedy

nie, i komu o tym jednoznacznie decydować? Przypomina się tu

nieodparcie fragment z pierwszej książki Łopuszańskiego, gdy

biograf tak oto relacjonuje korespondencję Leśmiana z Zenonem

Przesmyckim z okresu wakacji w bretońskim Concarneau, do-

kąd poeta udał się ze swoją przyszłą żoną:

Listy i kartki do Miriama wyraźnie pokazują rozwój uczuć poety

do Zofii. 6 września pisał: „Same cuda! Czary”, a dwa dni później:

„Atlantyk mię zupełnie oszołomił, zgłupiałem i żadnej myśli nie

mam w głowie”. Ten Atlantyk — to oczywiście Zofia Chylińska.

(L 59)

Zastrzeżenia może też budzić dociekliwość badacza, gdy na-

ruszone zostają granice intymności — czy rację ma Jacek Trzna-

del, który cenzuruje bardzo osobiste listy Leśmiana do Dory Le-

benthal (na pewno nie wtedy, gdy dopisuje brakujące fragmenty

Zdziczenia obyczajów pośmiertnych), czy Łopuszański, który

ocenzurowane przez Trznadla pikantne fragmenty wydobywa

na światło dzienne? Lektura książek Łopuszańskiego na pewno

nie jest jednak doświadczeniem tak voyeurystycznym jak, na

przykład, lektura Nory Joyce. Żywota prawdziwej Molly Bloom

pióra Brendy Maddox w świetnym przekładzie Wacława Sad-

kowskiego (ta sama seria „Biografie” tego samego Wydawnic-

twa Książkowego Twój Styl, książka dwa lata wcześniejsza, także

próbująca łączyć intymną biografię pisarza z opisem twórczości

i interpretacjami dzieł literackich, lecz przesuwająca punkt cięż-

kości na jego partnerkę). Pozwólmy sobie na gdybizm: a gdyby

tak listy Leśmiana do Dory ocalały?

 

  1. Wielogłos o Leśmianie

Świat mój mija się ze mną!

Bóg z poematu Eliasz

Badaniem biografii Leśmiana zajmują się pasjonaci, całkowi-

te zaprzeczenia Jake’a Balokovsky’ego ze zjadliwie ironicznego

wiersza Posterity Philipa Larkina. Biografem-pasjonatem jest

Łopuszański, pasjonatem jest też Adam Wiesław Kulik.

Mieszkając na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych

w Zamościu, zdałem sobie sprawę, że żyją tu jeszcze ludzie pa-

 

148 Ewa Rajewska

miętający Bolesława Leśmiana, tak więc jest to ostatnia chwila, by

cokolwiek na jego temat usłyszeć. […] Osobną sprawą okazała się

penetracja Hrubieszowa. Dopomógł przypadek: tuż po inauguracji

stanu wojennego otrzymałem przydział na trzy miesiące do tutejszej

jednostki wojskowej. Przed koszmarem „ogólnowojskowej głupoty

bojowej” ratowałem się, chodząc śladami poety 5.

Wydana w 2008 roku przez słowo/obraz terytoria książka

Kulika Leśmian, Leśmian… Wspomnienia o Bolesławie Leśmianie

w znacznie większym stopniu niż książki Łopuszańskiego doty-

czy biografii Bolesława Lesmana raczej niż Leśmiana. „Ja znałem

Lesmana, Leśmiana nie znałem”, stwierdza w rozmowie z bio-

grafem zamojski inżynier geodeta (LL 117). „Na temat Leśmiana

chętnie ze mną rozmawiano — pisze we Wstępie Kulik. — Często

jednak dziwiono się, dlaczego zajmują mnie losy tak nieciekawe-

go człowieka. Usłyszawszy w odpowiedzi, że mówimy o jednym

z kilku najwybitniejszych poetów XX wieku, kiwano powątpie-

wająco głową” (LL 7).

Tytuł zbioru wspomnień opracowanego przez Kulika odwo-

łuje się do książki zredagowanej przed laty przez Jastrzębskiego,

który pisał, że teksty zebrane w jego tomie są „różnorodne, ale

wyraźnie dzielą się na dwie grupy. Jedną stanowią wspomnienia

pisane przez kolegów po piórze, drugą — przez kolegów po fa-

chu”6, co nie w pełni odpowiada rzeczywistości, zważywszy, że

najdłuższe i chyba najciekawsze (choć niekoniecznie najbardziej

autentyczne) jest wspomnienie córki, Marii Ludwiki Mazurowej.

Tymczasem Leśmian, Leśmian… Kulika rzeczywiście zbiera wy-

powiedzi „kolegów po fachu” i współpracowników poety, a tak-

że jego znajomych, sąsiadów, koleżanek Leśmianówien, osób,

które pozowały Zofii Leśmianowej do obrazów. I faktycznie, są

to wypowiedzi — nie zaś, jak w książce Jastrzębskiego, wygła-

dzone szkice wspomnieniowe; Kulik rozmawia, zamiast ogłaszać

drukiem. Wyjątki od tej reguły są tylko trzy, wśród nich laur-

kowe — acz ciekawe. Jeszcze ciekawsze są głosy krytyczne, ze-

brane w rozdziale Chłodnym okiem — na przykład wspomnienie

Zofii Wiktorowicz, młodej urzędniczki z kancelarii Leśmiana.

Forma zapisu rozmów potęguje wrażenie autentyczności. Jed-

nak wszelkie zapędy mitotwórcze i plotkarskie rozmówców są

przez Kulika czujnie korygowane przypisami umieszczanymi na

_________________

5. A.W. Kulik, Wstęp, w: Leśmian, Leśmian… Wspomnienia o Bolesławie Le-

śmianie zebrane przez Adama Wiesława Kulika, Gdańsk 2008, s. 5 (dalej w tekś-

cie oznaczane jako LL).

6. Jastrzębski, Zejście z Parnasu, w: Wspomnienia o Bolesławie Leśmianie,

oprac. Z. Jastrzębski, Lublin 1966, s. 7

 

„Taki nieciekawy człowiek…”. Wokół biografii Bolesława Leśmiana 149

marginesach. Oprócz rozmów w książce znajdujemy też bardzo

osobisty w tonie reportaż biografa z wizyty w Iłży i poszukiwań

malinowego chruśniaka, krótkie opisy Hrubieszowa i Zamościa

w czasach, kiedy mieszkał tam Leśmian, a także obszerne Ka-

lendarium i wiele fotografii osób, miejsc i dokumentów, w tym

kapitalne „ciekawostki przyrodnicze” — fotokopie podań nota-

riusza Bolesława Lesmana o kolejne urlopy.

Leśmian, Leśmian… to lektura niezwykle ciekawa z socjolo-

gicznego punktu widzenia — czytelnik dowiaduje się sporo nie

tylko o Leśmianie, lecz także o rozmówcach Kulika. Co za galeria

typów ludzkich! Jakie spektrum stereotypów!

Piękne jest samo położenie miasteczka [Hrubieszowa — E.R.], któ-

re leży na wyspie, ma bardzo dużo ogrodów — jest zielone. Część

żydowska zaczynała się od ulicy Wodnej […]. W swojej dzielni-

cy Żydzi trzymali bardzo dużo kóz. Byli niezmiernie egzotyczni:

odmienne zwyczaje, czarne chałaty, czarne czapeczki z daszkami

o bardzo niewielkim górnym obwodzie. Leśmian był z pochodzenia

Żydem, więc dla niego pewno nie była to egzotyka. (lekarz wetery-

narii, ur. 1913, LL 60-61)

Mieliśmy stały kontakt z notariatem Leśmiana, bywałam tam. Typ

Żyda, niczym się od nich nie różnił. Podobny był, chociaż — trze-

ba powiedzieć — niektórzy Żydzi byli bardzo inteligentni, a on się

wśród nich gubił, nie miał prezencji notariusza. […] Nigdy nie po-

siedział, nie porozmawiał; żeby był sympatyczny — to nie, żeby był

onieśmielony, wstydliwy — też chyba nie. Dziwny typ człowieka,

jakby nikogo nie widział. Choć opowiadały panie z jego biura, że

potrafił być nawet dowcipny. (pracownica zamojskiego notariatu,

  1. 1908, LL 125-126)

Na pierwszy rzut oka w Leśmianie uderzała jego brzydota, niena-

turalnie długie ręce, maleńki wzrost, ogromny nos. I mądre, wni-

kliwe, bardzo wnikliwe i bardzo inteligentne oczy. Ja potem nie

widziałam ani jego brzydoty, ani… (pracownica zamojskiego nota-

riatu, ur. 1895, LL 94)

Mówiono o nim: Leśmian — ośmian — wyśmian. Albo złośliwostki

w stylu: stodoła się stodoli, łąka się łączy. (nauczycielka, ur. 1909,

LL 162)

Jego śmierć nie wywołała w Hrubieszowie żalu. Może odczuła ją

elita intelektualna, bardziej z nim związana, interesująca się jego

poezją. Poza tym nie zrobiła na nikim żadnego wrażenia. (sędzia,

  1. 1906, LL 68)

 

150 Ewa Rajewska

Poszczególne wypowiedzi rozmówców Kulika składają się

ponadto na niepowtarzalny obraz życia codziennego w Hrubie-

szowie i Zamościu w latach międzywojennych — komplemen-

tarny wobec tego, który znamy z powieści Piotra Szewca.

 

  1. Trzech biografów, trzy różne podejścia biograficzne

Portret Leśmiana/Lesmana, który wyłania się z pierwszej książ-

ki Łopuszańskiego, jest raczej niezbyt pochlebnym portretem

człowieka niefrasobliwego i niezaradnego, żądnego uznania

i łasego na pochwały (i pieniądze), niebieskiego ptaka lawiru-

jącego między domem rodzinnym a domem kochanki (kocha-

nek). Następne biografie Łopuszańskiego są znacznie bardziej

empatyczne i stonowane. Łopuszański ogromnie ceni Leśmia-

na — poetę, nazywa go geniuszem, „którego można porównać

tylko z największymi: Kochanowskim, Mickiewiczem, Słowac-

kim” (LM 8), lecz Leśmiana — człowieka nie darzy szczególną

estymą. Leśmian według Rymkiewicza jest postacią najbardziej

chyba enigmatyczną; forma „biografii fragmentarycznej” pod-

kreśla arbitralność Rymkiewiczowskiego ujęcia. Leśmian z tomu

Kulika natomiast wydaje się bardziej skomplikowany, mniej

jednoznaczny niż Leśmian Łopuszańskiego, jest rozdarty, pe-

łen metafizycznych lęków, choć niewolny też od śmiesznostek.

Bardzo samotny. I do końca pozostający zagadką. Jak to pięknie

powiedział stary przyjaciel Zofii i Bolesława Leśmianów Zygfryd

Krauze, „Znałem Leśmiana dogłębniej, niż o nim mówię, lecz

nie chcę o nim mówić tak głęboko. Ponieważ ludzie widzą nas

tak, jak widzą, a nie jacy jesteśmy naprawdę, jestem przeciwny

obnażaniu” (LL 208).

______________________________________________________________

Ewa Rajewska

“Such a plain and uninteresting man…”. On the biography

of Bolesław Leśmian

The article discusses five biographies of the poet that have been published

in the past few years. A highly complex and contradicting figure of

Leśmian, a great poet and unsuccessful notary public, a provincial from

the capital Warsaw, a misanthrope with busy social life, still arouses

interests among the public – the more so that his first biography writ-

ten by Łopuszański and entitled Leśmian was published as late as 2000.

Łopuszański, who has been working on Leśmian for twenty years, has

published the results of his biographical investigations in his two subse-

 

„Taki nieciekawy człowiek…”. Wokół biografii Bolesława Leśmiana 151

quent books: Zofia i Bolesław Leśmianowie (2005) and Bolesław Leśmian.

Marzyciel nad przepaścią (2006). In turn, Leśmian. Encyklopedia (2001)

by Rymkiewicz is a different book being a ”personal” encyclopaedia,

a somewhat patchy biography that focuses on arbitrarily selected en-

tries chosen by its author, whereas Leśmian, Leśmian… Wspomnienia

o Bolesławie Leśmianie zebrane przez Adama Wiesława Kulika (2008) is

a collection of memoirs, a record of conversations that the author had

with the inhabitants of Hrubieszów and Zamość who knew Leśmian

personally in the 1920s and the 1930s – his colleagues at the Bar, work-

ers of the notary’s office, his acquaintances, neighbours and friends of

his daughters.

______________________________________________________________

Ewa Rajewska — dr, literaturoznawczyni, adiunkt w Instytucie Filologii

Polskiej UAM, zajmuje się teorią i praktyką przekładu literackiego z języka

angielskiego. Autorka książek Dwie wiktoriańskie chwile w Troi, trzy strate-

gie translatorskie. „Alice’s Adventures in Wonderland” i „Through the Looking

Glass” Lewisa Carrolla w przekładach Macieja Słomczyńskiego, Roberta Stillera

i Jolanty Kozak (2004) oraz Stanisław Barańczak — poeta i tłumacz (2007); we

współpracy z prof. Edwardem Balcerzanem opracowała drugie, rozszerzo-

ne wydanie antologii Pisarze polscy o sztuce przekładu (Pisarze polscy o sztuce

przekładu 1440-2005. Antologia, 2007).

e-mail: rajewska@amu.edu.pl

==============================================================

GRA

  Irena Kukuszka-Glinka                                                                                        

 

                                     PIRAMIDALNA ZŁOŻONOŚĆ RECEPCJI

  1. Kim jest autor?

Z mojego oglądu wynika, że Adam Kulik jest poetą (jakkolwiek, ogólnie, różnorodnie o nim się mówi: filmowiec, reportażysta, dokumentalista, regionalista, fotografik, biograf, napisał też kilka utworów powieściowych: Lot, Grę, a wcześniej poetycką prozę pt. Pejzaże z Panem Lemonem).

Który z opisów Adama Kulika jest prawdziwy?  Poeta, animator – twórcza osoba z multidyscyplinarną wiedzą, która dotyczy wielu aspektów rzeczywistości. Renesansowy człowiek. Humanista, to uporządkowana, solidnie zbudowana osoba, której preferencje poznawcze zdają się wskazywać na predylekcję do porządkowania stanu wiedzy, a nie do eksperymentowania z chaosem na kanwie literatury; na szukanie sensów i znaczeń, nie zaś na skłonność do podważania adekwatności pojęć względem rzeczywistości, bądź do  kwestionowania tezy, że świat jest opisywalny … Skąd ten poznawczy dysonans – dlaczego Gra nie pasuje mi do Kulika i od lat niepokoi? Czyżby twórca miał za sobą przełom, a eksperymenty związane z Gry poetyką zostały „aktywnie puszczone w niepamięć”?[1]

[Byleby się za daleko nie posunąć w suponowaniu, że autor nie mówi, co chciał powiedzieć – gdyż jest mówiony przez to, co tworzy; krytyka niemetodyczna wyraża „[…] sprzeciw wobec idei, że tekst może powiedzieć coś, co s a m chce powiedzieć […].”[2]

Czasem się twórca nie przyznaje do tego, co robił za młodu, niekiedy – wraz z wewnętrznym samorozwojem (typu Bildungsroman?) – zachodzi potrzeba, aby wyrosnąć z teorii siebie samego, jaką się lansowało na wcześniejszych etapach dochodzenia do siebie (tak było z Wittgensteinem, Derridą[3]; tak było z wieloma artystami, tak mogło się też przydarzyć i Kulikowi).

Lecz Adam Kulik nie tylko że się przyznaje do swych literackich dokonań, ale w tekście powielonym i dodawanym do niewyczerpanego, jak się okazuje, nakładu Gry (a był całkiem spory, jak na owe czasy, tysiąc egzemplarzy) – nazywa „dwie powieści [Lot oraz Grę] i d o ł ą c z o n e  d o  n i c h [wyspacjowanie moje – I.G.] wiersze bohatera książki”, „trylogią” –  występując jako… krytyk samego siebie. To ciekawy, nietypowy zabieg, który obrazuje niedosyt rozmowy na temat kluczowej dla owego zestawu tekstów Gry.[4]

Jedno wiem niewątpliwie: Adam Kulik jest pewien, że Grze czas nic nie zrobił, a nawet, że czas za Grą oręduje. Wypadałoby więc pójść tropem, że Gra stanowi książkę nie doczytaną.

  1. Jak czytać?

Przy takim uściśleniu nie ma powodów, by uzasadniać powrót do Gry Adama Kulika – która przez wiele lat czekała na wydanie, a i sporo czasu minęło od jej opublikowania. Może nie bezzasadne będzie wspomnienie, iż próba uaktualnienia Gry ma związek z parateatralnym działaniem pt. „Specjalne posiedzenie w sprawie poety Adama Kulika”, które zostało zrealizowane pod patronatem Andrzeja Zdunka w Domu Kultury LSM, w Lublinie,19 maja 2008 r. – w autorskiej konwencji Scena dla widza, z udziałem animatorów, amatorów twórczości i środowiskowych sygnatariuszy twórczego przekazu.

Popatrzmy na Grę metodycznie. We wkładce do książki autor pokrótce opisuje jej perypetie a i koneksje literackie, które by mogły się przyczynić do trafniejszego odczytania – czyniąc ją tym samym łatwiejszą w odbiorze. Pojawia się też kilka metatekstowych uwag na temat literackiego warsztatu. Otrzymujemy w efekcie coś w rodzaju palimpsestu – wypowiedź o książce jest zgoła i n n y m  u t w o r e m na temat tego samego autorskiego przesłania.

[Byleby się za daleko nie posunąć w suponowaniu, że autor nie mówi, co chciał powiedzieć – gdyż jest mówiony przez to, co tworzy…]

Rodzi się wszakże pytanie (ewokowane Heidegerrowskim, Dewey’owskim i Rorty’iańskim

domniemaniem, iż stanowimy „przypisy do Platona”): czy po to się pisze książkę, by tworzyć przypisy do niej, aby spróbować objaśnić, czym tekst jest a czym nie jest? Czy sens ma książka, która się realizuje jako parafraza siebie samej – będąc formą zamkniętą dla odbiorcy jako s a m a  opowieść? Ale czy Gra to powieść?

  1. O co pytać?

We wspomnianym Insercie autor stwierdza, że Gra nie ma fabuły. Narracja Gry utrzymana jest w konwencji strumienia świadomości. Czy rzeczywiście Gra nie ma fabuły? Metaforą, która zamyka i otwiera nasze spotkanie z jej bohaterem jest obraz, ilustrujący, że człowiek stoi w oknie wieżowca a przed jego oczami przewija się film z jego życia.[5] Film jest na temat Rzeczywistości. Rzeczywistość to historia. Głównym bohaterem owej Historii jest System – totalitaryzm[6]. System posiada język – to język władzy, odczłowieczenia, agresji, zniewalania, upodlania, przemocy. System posługuje się swą mową (nowomową) w celu odhumanizowania a przez to – zdominowania ludzkiej istoty.

Czując się skonfliktowany z paradygmatem, według którego działa systemowy mechanizm – czuje się jednocześnie na tyle przezeń zniewolony, że rezygnuje ze swej własnej (jak by powiedział Rorty) „gry językowej” – operując komunikatywnym językiem systemu, który nie służy bynajmniej porozumiewaniu się.

Czy jego dezindywidualizacja (dezintegracja nieomal), nie jest więc wypadkową owego niepowodzenia w trzymaniu się norm i reguł warunkujących porozumienie chociażby z sobą samym; norm komunikacyjnych, dających rękojmię uwspólniania własnego opisu rzeczywistości z innymi jej opisami?

Dywagujemy à propos przedmiotu Gry, ale pytanie brzmiało: czy Gra faktycznie nie ma fabuły, i czy to powieść? Nie wdając się w badania, strukturalistyczną czy post strukturalistyczną metodą, wypada zauważyć, iż s t r u k u r a Gry stanowi erzac fabuły: forma tej książki oraz jej kompozycja.

[Byleby się za daleko nie posunąć w suponowaniu, że autor nie mówi, co chciał powiedzieć – gdyż jest mówiony przez to, co tworzy…]

Książka jest napisana bardzo odważnym sposobem. Pojawiła się w czasach, kiedy zaakceptowaliśmy twórczą pomysłowość Vonneguta a Barth przemyśliwał, czym będzie hipertekst.[7]

Jeśli struktura Gry jest czymś znaczącym dla jej przesłania, nie sposób się nie zastanowić, czemu po klamrze wiodącej metafory pojawia się zbiór wierszy Bohatera Książki (cytowanych podczas „Specjalnego posiedzenia w sprawie poety Adama Kulika” bynajmniej nie jako wiersze autora Gry).

O ile bohatera pozostawiamy samemu sobie (przyjmując, że d e c y z j a  jest jego dramatem), o tyle ów nas nie zostawia z obrazem samego siebie, dając nam „nowszy” swój opis. Gra z czytelnikiem to nie novum, ale liczy się styl owej gry – ewokujący pytanie o to, jak głęboko ukryty narrator dedykuje nam grę,. A ten nam narzuca konwergencyjne przemyślenia związane z lekturą Pustelnika z 69 ulicy, Ostatniej podróży Sindbada Żeglarza, Daru czy Prawdziwego życia Sebastiana Knighta – pod kątem strategii odbiorcy, wpisanej w tekst.

  1. Przez co patrzeć?

Warto przypomnieć, że kulturalistycznie kojarzona koncepcja Rorty’ego jest nastawiona na dialog.[8] O ile z formą Gry możemy dyskutować, o tyle idiosynkrazje bohatera znajdują w wierszach nie polemiczny wyraz: poetów nie poprawia się z wierszy. A każdy nowy wiersz ma szansę opisać nas na nowo[9] – od nowa ustalając nasze relacje ze światem. Nie będziemy dociekać, jakiego rodzaju dylematy zadecydowały o tym, że twórca scedował ich autorstwo na jaźń kreowaną dla potrzeb Gry.

W tym świetle zadanie, jakim była próba opisania rzeczywistości, siłą rzeczy nie mogło się powieść. Być może tylko tyle było do pokazania przez ów kulturowy przekaz – nieomal paradokument miejscami; miejscami zaś tekst testujący granice fikcjonalności[10] literatury; a fragmentami – nieodparcie poetyczny opis poezji życia.

[Byleby się za daleko nie posunąć w suponowaniu, że autor nie mówi, co chciał powiedzieć – gdyż jest mówiony przez to, co tworzy…]

Pojawiają się dwa pytania. Czy miał to być korespondencyjny opis rzeczywistości, decydujący o niejasności Gry, będącej – tak jak odzwierciedlana rzeczywistość – jej negatywu chaosem?

Czy Adam Kulik posłużył się obrazem rzeczywistości, używając chaosu (ilustrującej go treści) do zbudowania metawypowiedzi: do wzięcia w cudzysłów kluczowej metafory w celu zamknięcia twórczego procesu zbiorem wierszy Bohatera książki? Tu zamysł twórczy dotyczyłby wyzwania, jakie autor stawia przed sobą i przed czytelnikiem – spróbować oddać przekaz typu streaming: tak, jak  się obraz rzeczywistości przekłada na świadomość, będącą siecią równocześnie uaktywnionych połączeń. Pokazać stan umysłu i świadomości percypującej ów chaotyczny  konglomerat zmysłowych i mentalnych doświadczań, wchodząc z nimi w rezonans i konotując rozległy kontekst.

Ale kluczową d ą ż n o ś c i ą  – by zapożyczyć się u Znanieckiego[11] – zdaje się tu być zamiar budowania siebie – wręcz instynktowna potrzeba zawierzenia ludzkiej naturze, animowanej przez twórcze instynkty[12]. Wszak każdy organizm używa naturalnych mechanizmów samoobrony, mających na celu przetrwanie w najbardziej niesprzyjającym mu środowisku. W sposób analogiczny postrzega się rozwój kultury: jako mechanizm typu  challenge/response[13].

Wiersze bohatera książki prozatorski fragment Gry, chcąc nie chcąc, biorą zatem w cudzysłów, gdyż wraz ze zmianą gry językowej ma miejsce nadpisanie i n n e g o  utworu nad tekstem reinterpretowanym poprzez ten formalny zabieg (jakkolwiek można by rozpatrywać ten zabieg jako wagnerowskie „gesamtkunstwerk”, a nie w aspekcie predykcji kontrapunktowej polifoniczności stochastycznego utworu[14]) – analogicznie, jak to ma miejsce w przypadku nadpisanej nad „trylogią” wkładki.

[Byleby się za daleko nie posunąć w suponowaniu, że autor nie mówi, co chciał powiedzieć – gdyż jest mówiony przez to, co tworzy…]

Wiersze są sztuką triumfującą nad wynaturzoną mową systemu, która okalecza człowieka i próbuje go uczynić zdehumanizowaną ofiarą. Wiersze te są świadectwem wejścia bohatera na poziom metatekstu, a zatem obrazują wręcz prometejską próbę zapanowania ludzkiej istoty nad chaosem i dekoherencją rzeczywistości. I nie ma znaczenia, że w nich także nie znajdujemy żadnej „jaśniejszej strony” świata. Istotne jest to, że oręż, w jaki nas wyposażyła ewolucja, Bohater obraca nie przeciw sobie. Że używa języka, aby przemówić jako istota usiłująca uporządkować chaos poprzez refleksję nad sobą i namysł nad dziejami świata. Nie bez znaczenia jest i to, że Bohater Gry nie występuje na koniec jako potencjalna ofiara systemu, lecz jako autonomicznie myślący poeta.

„Lepsza kuciapa niż wiersze? Wiersze. Gra. Instynktów w przestrojonym, rozstrojonym organizmie z nagłymi przerzutami świadomości: przecież się zabił, odziedziczyłem obsesję śmierci? Ob-se-sję-śmier-ci, może śnię, może obudzę się nagle gdzie indziej. Koszmar miałby być rzeczywistością, pamiętaj o łagrach, Syberii, niewolnictwie, Niemcach rozbijających dzieciom głowy o mur, obozach koncentracyjnych, bezprawiu, które jest regułą, człowieka nic nie broni, z człowiekiem można wszystko, jak to moż, dlaczego się dziwisz, gdzie żyjesz – na pewno jestem? Czy trwanie przed życiem, nie dodawać prawdziwym, życie jest zawsze prawdziwe.”[15]

Czasem wystarczy zmienić pryzmat, a tekst otworzy przed nami inne ścieżki dostępu; jak świat – w różnych wymiarach otwierający przed nami swe okna. Jak stwierdził Rorty – neopragmatysta, sugerujący przekształcanie się filozofa w kogoś w rodzaju „krytyka literackiego”: „Istnieje nadzieja, że jeśli zrozumie się dostateczną liczbę wierszy, religii, społeczeństw, filozofii, wówczas człowiek przekształci się w kogoś wartego zrozumienia siebie samego.”[16]

  1. Siła prozy Kulika

Czy popełniam nadinterpretację (interpretacyjne nadużycie) Gry, myśląc, że «siła prozy Kulika»  jest  b e z s i l n o ś c i ą  p o e t y  – jako użytkownika języka i kulturowych skryptów?

Bo kiedy szukam ciągle nowych odniesień – a książka jest na tyle prowokatywna, że „trzyma się mnie” w coraz to innych mentalnych kontekstach – wyraźniej widzę, że proza ta ilustruje  b e z s i l n o ś ć  pojedynczego głosu wobec absurdu i chaosu rzeczywistości, przemawiającej tubą propagandy, dezinformacji, kłamstwa, ideologicznej perswazji i totalnego przymusu posiłkowania się językowym blekotem. Rzeczywistości dotyczącej bezliku po równi bezsilnych (zniewolonych przez historyczne uwarunkowania), a jeszcze  m n i e j  w y m o w n y c h, bo pogodzonych z akomunikatywnością języka – niewładnych zająć jakiekolwiek stanowisko.

Zwycięstwem bohatera Kulika jest zatem oprotestowanie rzeczywistości za sprawą wierszy – z użyciem języka metafor, dyscypliny stylu i składni, nad którymi panuje poeta: ktoś, kto nie pozwala sobie odebrać ludzkich prerogatyw, takich jak ustanawianie praw, reguł i prokurowanie sensu – zgodnie ze statusem autonomicznie myślącej istoty. Każdorazowa próba porządkowania rzeczywistości ideacyjnej stawia człowieka ponad chaosem – dystansując go wobec absurdu hańbiącej  jednostkę przemocy. Proza poruszająca ten aspekt realiów – cywilizacyjno-kulturowe uwarunkowania homo sapiens – nie może być uwodliwa, by zajmująco się czytać.

Kulik  p o ś w i ę c a  tą narracją ideę dosłowności języka (że język odzwierciedla rzeczywistość, opowiadając nam co jest czym oraz jakie), na poczet bolesnego zilustrowania jego akomunikatywności: obrazując nieczytelność absurdu, irracjonalną stronę przemocy, brutalną bezwzględność języka zafałszowanych relacji.    Ta proza ukazuje bezsilność człowieka wobec ideologii, narzucającej jednostce poświęcenie wolności wypowiedzi, godności, tego co ludzkie – w imię przetrwania w pandemonium chaosu, uprawniającego sprzeczności i wykluczające się racje.

Próba opisu rzeczywistości jest nadaremna. Ale trylogię – spajaną przez postać bohatera Lotu i Gry oraz autora wierszy – kończy tomik poezji. Poezja przywraca – chociażby symbolicznie – ład i rozpoznawalne, duchowe wartości. Paradoksalnie, zapanowanie nad chaosem i przywrócenie człowiekowi godności dokonuje się za pomocą języka, który to język system zaprzęgał do totalnej destrukcji, próbując unieważniać najistotniejszy wymiar komunikatywności.

Proza Kulika mówi więc o tym, że zapanowanie nad rzeczywistością chaosu możliwe jest poprzez wypracowanie postawy dystansu: przez wzniesienie się ponad potoczność nonsensowności blekotu – uwłaczającego myślącej istocie. Książkową rzeczywistość (rzeczywistość autoprezentująca się za sprawą Gry), ratuje przed deprecjacją poezja, wojująca z absurdem konstruktu, zmuszonego się liczyć z systemową tyranią, przekładającą się na akomunikatywność języka, nieskuteczność chaotycznego obrazowania i zafałszowane relacje międzyludzkie.

Strzępy rozmów, urywane dialogi, monosylabiczność, fragmentaryczność i nielinearność, niezborność przypadkowych odprysków, kalectwo nieudanych relacji interpersonalnych, nieczytelne tożsamości – wszystko to, co wyolbrzymiał kontekst społecznych odniesień, staje się  n a z y w a l n e  dopiero wówczas, gdy przefiltrowane zostaje przez umysł poety. Panowanie nad rzeczywistością chaosu możliwe jest wyłącznie poprzez wyobraźnię.

Gra Kulika – strasząc rzeczywistością przedstawioną w książce – zdaje się zalecać namysł i refleksyjność jako antidotum i jako odtrutkę na zło czasów; przestrzegając przed skutecznością perswazyjnego blekotu i upominając się o jednostkowe nastawienie na aktywny odbiór realiów.

Pisywanie wierszy to kulturotwórcza działalność, ratująca człowieka przed światem – zdaje się mówić do nas bohater. Przeciwko odgórnej, zniewalającej umysły i wolę taktyce reżimu, operującego językiem totalnym, Kulik ma tylko uporządkowaną mowę poetyckiego tekstu. To zadziwiające, że nie walczy postać, że nie powstaje dagerotyp bohaterskiej istoty – wiodący narrator jest wyczerpanym psychicznie wrakiem, istotą borykającą się z myślą o samobójstwie. To walka na narzędzia (poznawcze), a raczej na instrumenty (wygrywające piękne albo fałszywe nuty).

Siłą prozy Kulika jest zatem autentyczna, bezkompromisowa odwaga  w ukazywaniu mechanizmu zniewalania umysłu i ubezwłasnowolniania postaw przez system, narzucający reguły gry społecznej  p o z b a w i o n e   w a r t o ś c i   h u m a n i t a r n y c h (czyniących istotę kimś ludzkim: zintegrowanym, autonomicznym, komunikatywnym). Zdaje się także mówić, że na każdym jednostkowym trwaniu spoczywa obowiązek wyłamania się spod semiotycznej tyranii – w imię ludzkiej walki o wyrazisty profil twórczy. Bycie człowiekiem wymaga mówienia po ludzku – w sposób czytelny i w stylu komunikatywnym.  Bycie poetą to mentalna walka o godną nas autonomię twórczą.

Gra ciągle jeszcze jest dla mnie nie doczytaną książką, która zadaje dużo pytań i inspiruje do konstruowania nowych kontekstów, uprzystępniających jej ogląd. Nie jest tekstem „trudnym” – jak udowadniał Piotr Mikszewski, grający rolę Rortiańskiego filozofa podczas promującego książkę „Specjalnego posiedzenia w sprawie poety Adama Kulika”. Nie należy do rzędu książek domagających się ezgezegetów. Wręcz przeciwnie – autor pokusił się o to, by była to książka miejscami autoironicznie zabawna w swojej przekornej prostocie i dosłowności.

Z mojego punktu widzenia (a patrzę jako upowszechniający i uprzystępniający kulturę animator), Gra jest  c i e k a w ą  k o m p o z y c j ą, ewokującą refleksyjne podejście do sztuki czytania tekstu oraz twórczego użycia artefaktów. Wciąż prosi się o nowe aspekty odczytań, czyli należy do lektur inspirujących… Nie twierdzę, że zrozumiałam Grę. Jednakże stanowi ona, dla mnie, swoisty fenomen (latami mnie intrygując), ponieważ jej przejrzysty zamysł – moralitetowy nieomal – zmusił poniekąd pisarza do stworzenia pozycji książkowej dyskutującej z kompetencją poznawczą Autora. Renesansowy człowiek został użyty przez Historię do wyrażenia siebie (poprzez bohatera skonfliktowanego ze światem), w konceptualnym języku jej niejasnych, złożonych prawd. To dramatyczny zabieg, każący domniemywać, że książka jest prosta – mimo niejasnych zdań i chaosu fabuły, jak stwierdził jeden z uczestników „Spotkania z poetą Adamem Kulikiem”.

Adam W. Kulik, Gra. Wyd. Lubelskie Nowe 1993 s. 232

Irena Kukuszka-Glinka

__________________________

[1] Richard Rorty, Kariera pragmatysty, s. 90.

[2] Op. cit. s.101.

[3] Filozofia jako rodzaj pisarstwa, esej o Derridzie. [w:] R. Rorty, Konsekwencje pragmatyzmu, s. 133-156.

[4]„ Traktujmy zatem to słowo mocno spóźnione jako rozmowę z autorem”. Adam Kulik Słowo od autora (inedita) [wkładka do Gry].

[5] Z wkładki do Gry sporządzonej na użytek naszej rozmowy z Autorem wynika, że bohater stoi tam „[…] po walce o samego siebie” [pogrubienie moje – I.G.]. Relacją z niej (z tej walki), są „dwie powieści i dołączone do nich wiersze bohatera książki”. Autor wyjaśnia to w kontekście wyznania, iż dążąc do uczciwego pokazania rzeczywistości „oczami i myślami bohatera” – raz tylko świadomie użył stricte literackiego zabiegu, jakim było „wykreowanie sytuacji napędzającej całą trylogię”, traktując „okno wieżowca” jako „zewnętrzną sytuację”. Być może należałoby zastanowić się nad tym, na ile ów zabieg (pomysł) jest nieadekwatny do zamysłu, jakim jest próba opisu rzeczywistości przez „niekontrolowany strumień myśli”; nie sposób bowiem z r e l a c j o n o w a ć  stan umysłu, który jest w szoku. Instrumentalność takiego potraktowania autentycznych w swej wymowie doznań i doświadczeń, impresji, przemyśleń oddanych w języku, który koresponduje z „dezynwolturą zdarzeń” ewidentnie kłóci się z próbą skomponowania spójnej – jakkolwiek polifonicznej – kompozycji.

[6] Odredakcyjna notatka na czwartej stronie okładki informuje, że „Głównym bohaterem powieści Gra jest czas, totalitarna przestrzeń końca lat 80. W środku Europy”, aczkolwiek sama Gra jest datowana podwójnie: „1976-czerwiec 1977 – VI 1984-1987”, Lot zaś opublikował Czytelnik w 1985 r.

[7] John Barth, Stan rzeczy. [w:] „Literatura na świecie” Nr 6/1997, s. 7-23.

[8] „Niewielu z czytelników i odbiorców tekstów Rorty’ego decyduje się zaakceptować radykalnie humanistyczny, do szpiku kości historycystyczny i – chciałoby się rzec, nawiązując do socjologii Floriana Znanieckiego – kulturalistyczny światopogląd lansowany przez Rorty’ego, w którym jedynym źródłem oparcia jest właśnie owa <<rozmowa>>. Budzi on u wielu lęk, że „nie powściągani przez prawdę błąkamy się wśród własnych tworów”.” Andrzej Szahaj, Filozofia i jej problemy jako elementy kultury [w:] Richard Rorty, Konsekwencje pragmatyzmu, s. VII-XVII.

[9] „Ponieść porażkę jako poeta – a tym samym, według Nietzchego, porażkę jako istota ludzka – to przyjąć cudzy opis samego siebie, być wykonawcą wcześniej przygotowanego planu, to pisać, w najlepszym razie, eleganckie wariacje na temat wcześniej napisanych wierszy. Zatem jedyną drogą wytropienia przyczyn tego, jakim się jest, będzie snucie opowieści o naszych przyczynach w nowym języku”. R. Rorty, Przygodność, ironia i solidarność. Wydawnictwo Spacja, Warszawa 1996, s. 52-3. [Northclifte Lectures wykład 3: Przygodność jaźni ].

[10] „W kulturze, w której pojęcie „surowego faktu” – parmenidesowskiej koncepcji przymusu wobec prawdy rzeczywistości – nie miałoby tak silnego miejsca, cały gatunek „modernistycznego” pisarstwa nie miałby sensu. Pojęcie „intertekstualności” nie wywoływałoby tego cudownie podniecającego dreszczyku. Zwłaszcza manifestowany przez „modernizm” ironiczny stosunek do „prawdy” byłby niemożliwy bez żywej tradycji filozoficznej utrzymującej przy życiu obraz obrazu umysłu lub języka. Nie byłoby co ironizować bez z góry przegranej walki filozofów o wynalezienie jakiejś formy przedstawienia, które przymusi nas do prawdy, jednocześnie pozostawiając nam swobodne prawo do błędu, do odnajdywania obrazów tam, gdzie są tylko gry. W kulturze bez przeciwieństwa między nauką a poezją nie byłoby poezji o poezji, pisarstwa będącego gloryfikacją samego pisarstwa. […] Albowiem ironizujący poeta zawdzięcza Parmenidesowi i tradycji zachodniej metafizyki znacznie więcej niż uczony. Kultura naukowa przeżyje utratę wiary w tę tradycję, natomiast mogłaby tego nie przetrwać kultura literacka.” R. Rorty, Czy istnieje problem fikcjonalnego dyskursu? [w:] R. Rorty, Konsekwencje pragmatyzmu, s. 182-183.

[11] „W każdej czynności mamy i przyjmowanie wzorów i element nowatorstwa. Znaniecki łączy te dwa aspekty w wprowadzonej przez siebie koncepcji zamiaru (purpose), rozwijającego się nieustannie w toku czynności.” Marek Ziółkowski, Kulturowe i społeczne warunki kształtowania się osobowości twórczej (uwagi na marginesie koncepcji Floriana Znanieckiego), s. 107-124 [w:] Społeczeństwo, kultura, osobowość. Księga dedykowana Pani Profesor Antoninie Kłoskowskiej w siedemdziesiątą rocznicę urodzin. Warszawa 1990, s. 110.

[12] Por. Władysław lam, Twórczość przejawem instynktu życia. KAW Gdańsk 1977. Zob. Stefan Szuman, Wstęp [do: ] W. Lam Rozważania o sztuce, Poznań 1927, s. 5-6.

[13] Zob.: (ang. wyzwanie/odpowiedź) Encyklopedyczny przewodnik po świecie idei. Oprac. Stefan Bednarek, Jerzy Jastrzębski, ASTRUM Wrocław 1996, s. 53.

[14] Wbrew supozycjom Autora, tekst (afabularny, więc „nie do zrekonstruowania” po opuszczeniu kilkunastu stron), n a j s k u t e c z n i e j do mnie dociera przy nie linearnym odczytaniu – fragmentarycznym; jakkolwiek niezbędna jest wielokrotna lektura – choć to nie zarzut a twórczy wymóg, który narzuca… gra językowa.

[15] Adam Kulik, Gra. Wydawnictwo lubelskie Nowe, Lublin 1993, s. 42.

[16] R. Rorty, Sprofesjonalizowana filozofia a kultura transcendentalna [w:] R. Rorty, Konsekwencje pragmatyzmu, s. 109.

_______________________________________

SŁOWO  OD  AUTORA

 

Nie napisałem wstępu do wydanej w roku 1993 Gry (jest ona naturalną kontynuacją Lotu, który ukazał się nakładem SW „Czytelnik”), bo nie uważałem za konieczne tłumaczyć się ze swoich książek. Rozprawianie o tym jak się pisze,  rzeźbi czy maluje zawsze budzi podejrzenia. Robię to po czasie. Doszedłem bowiem do wniosku, że tych kilku słów może jednak nie należało żałować. Traktujmy zatem to słowo mocno spóźnione jako rozmowę z autorem.

Na co dzień nie mamy czasu na sztukę, blisko z nią żyją tylko ludzie zajmujący się nią profesjonalnie, którym zdawałoby się, niczego tłumaczyć nie trzeba. Co jednak z tymi, którym nie wystarczają informacje z gazet i telewizji? Mają samotnie przedzierać się przez manowce artystycznych, intelektualnych fajerwerków czy – znaczenie częściej – najzwyklejszej hochsztaplerki tak panoszącej się w naszym czasie? Może jednak warto coś podszepnąć inteligentnemu czytelnikowi, który próbuje szukać?

Jeśli lubi wyzwania, niech się bierze za Grę, ale wcześniej powinien przeczytać którąś z powieści Witkacego, Gombrowicza, Marqueza, Cortazara, dobrze byłoby przewertować Ulyssesa – Joyce’a, Kafkę. Nie to, żebym się wymądrzał: po lekturze tych autorów moje powieści otworzą się same. Niby powinno to być dla tzw. zawodowców oczywiste, ale publikowane w pismach recenzje Lotu czy Gry dobitnie świadczą o nieznajomości tych autorów u ludzi zajmujących się zawodowo krytyką literacką. Cóż, jeśli ktoś wybiera taką drogę…

Przyzwoitość jednak zabrania tumanienia ludzi. I nie ma żadnego pocieszenia w fakcie, że tzw. politycy, robią to z nami jeszcze częściej i o wiele bardziej prymitywnie.

Niczego szokującego nie wymyślałem w swoich powieściach. Nie stawałem na głowie żeby zaskoczyć czytelnika, jak to robią początkujący poeci. Pokazywałem uczciwie swój czas oczami i myślami bohatera (-ów), całą jego (ich) wrażliwością, uczuciowością ale i skundleniem. Poprzez walkę z okolicznościami zgniatającymi go (ich) w politycznym, społecznym walcu środkowoeuropejskiej rzeczywistości końca XX wieku. Zabiegiem stricte literackim było jedynie wykreowanie sytuacji napędzającej całą trylogię. Tą „zewnętrzną sytuacją” okazało się okno wieżowca, w którym stanął bohater po walce o samego siebie. Relacją z niej (tej walki),  są dwie powieści i dołączone do nich wiersze bohatera książki.

Z góry zrezygnowałem z fabuły. Nie stać mnie było na ględzenie, o której godzinie bohater poszedł się wysikać i w jakich okolicznościach spotkał się z przysłowiową hrabiną. Najważniejszy miał być jego mózg filtrujący doznania z całego życia, w sytuacji największego napięcia emocjonalnego. Nie musiałem wymyślać języków takich czy owakich, zbitek słownych,  dialogów ciągniętych na wielu stronach, nieraz konstruowanych równolegle dwu-, a nawet trzytorowo, strzępów myśli, rozmów. Wystarczyło podjąć próbę rekonstrukcji wypływającego strumienia myśli, owego filmu z całego życia. Wyobrażacie sobie ten chaos? Wielu „zawodowych” krytyków literatury nie było w stanie przebić się przez tę dosyć prosto literacko nakreśloną sytuację.

Rezygnacja z fabuły ma tę niedogodną dla czytelnika właściwość, że partie tekstu po opuszczeniu kilkunastu stron są absolutnie nie do zrekonstruowania w dalszej lekturze, jak to z łatwością można uczynić w przypadku tekstu fabularnego. Wytarte koleiny fabuły (czytaj: łatwizna), zostały zastąpione mnogością ścieżek, zaułków, po których buszuje swobodna myśl bohatera powieści.

W obu moich powieściach ów „niekontrolowany strumień myśli” jest mimo wszystko uładzony, uporządkowany – dzieło literackie pisze się przecież według pewnych kanonów, i jeśli ma takim pozostać, trzeba się posłużyć bardzo konkretnym tworzywem, nadać całości taką a nie inną kompozycję, przemyśleć linię napięć (tutaj emocjonalną, w klasycznych powieściach fabularną), tak aby czytelnik miał wrażenie, że idzie z bohaterem od początku do końca. Jeżeli nie ma interesującego ciągu zdarzeń zewnętrznych, trzeba je zastąpić – jak w kompozycjach muzycznych – swoistym kontrapunktem myślowym, emocjonalnym. Nie budowałem – jak francuscy prozaicy nouveau roman – struktur malarskich, matematycznych, by nanizać na nie słowa. Świadomie zostałem przy literaturze. Ich zabiegi, (mimo że korzystałem z chwytów, których używali), w komponowaniu tekstu – mimo początkowej fascynacji, zawsze wydawały mi się drogą do nikąd. Literatura nigdy nie uwolni się od słowa i jego znaczenia, tak jak malarstwo od koloru a rzeźba od bryły. Można pokusić się o stworzenie metajęzyka (niedościgniony Tadeusz Nowak w A jak królem a jak katem będziesz czy Samuel Beckett w utworach prozą), ale mimo wszystko będzie to jeszcze jeden język z wszystkimi jego właściwościami. W przeciwnym wypadku powstawałby bełkot, nie literatura. Bliskość jego (bełkotu) granicy wyhamowała nie tylko mnie – Francuzi w nouveau roman też nie poszli daleko dalej.

Przerażają mnie słyszane tu i ówdzie nawoływania do zapisywania współczesnej prozy klasycznym językiem realizmu. To tak, jakby starać się zapomnieć o pierwszej i drugiej wojnie światowej, rewolucji w Rosji i łagrach, wybuchu bomby atomowej, dyktaturach XX wieku i aktach terroru. A więc zdarzeniach, które  zmieniły nie tylko uwarunkowania egzystencjalne i cywilizacyjne, ale przede wszystkim wpłynęły na zmianę naszej mentalności, sposobu widzenia i odczuwania świata.

Sztuka jest skazana na czas, w którym powstaje, z wszystkimi tego konsekwencjami, a więc i na język, którym dziś mówimy, nasz sposób myślenia (często neurasteniczny, skrajnie nerwowy).  Można oczywiście próbować ucieczek w rozmaitych kierunkach, czasem nawet z pewnym sukcesem np. malarstwo realistyczne czy – w literaturze – powieść historyczna, zapisana klasycznym językiem literackim (Lampart – Lampedusy), a więc w tworzywie sztywnym, którym na co dzień nikt nie mówi, a który pisarz wymyśla „na niedzielę”, wysilając się na okoliczność napisania takiej książki.  Tyle, że zawsze widać tę mistyfikację, nieprzystawalność formy wymyślonej sto pięćdziesiąt lat temu do naszej rzeczywistości.  Skoro w kolejnych interwałach XX wieku ludzie nauczyli się żyć w horrorze, chaosie, ze zbrodnią za plecami, w dezynwolturze zdarzeń i pośpiechu, jakiego nie znała żadna z poprzednich epok, nie miejmy pretensji do sztuki, że o tym wszystkim chce opowiadać językiem swojego czasu.

Wbrew pozorom moje powieści nie są hołdem złożonym destrukcji. Co piszę z pewnym zażenowaniem – to takie oczywiste, i wyraźnie czytelne w książkach –  są zapisem walki o ocalenie człowieka w koszmarze rzeczywistości. Być może dla tych, którym się żyje wygodnie, lub którym nie trzeba za wiele, świat mojego bohatera wyda się nierealny, zmyślony, przejaskrawiony. Ale przecież do dzisiaj Francuzi nie wierzą w łagry i upiorną wielkość Stalina, niemniej one istniały, a Stalin pozostaje największym zbrodniarzem XX wieku.

Poza wszystkim, chciałem napisać książki, przy których czytaniu nie musiałbym się nudzić. I to też nie jest moje odkrycie.

 

Czym kończy się Gra: skokiem z okna wieżowca czy jeszcze jedną próbą odrzucenia wszystkiego, co przynosi rzeczywistość, i podjęciem wyzwania jeszcze raz, na przekór wszystkiemu? Ostatnie słowa tekstu wskazują na psychiczne odrzucenie świata i podjęcie walki  na nowo. Chcę wierzyć, że mój bohater jeszcze raz wziął do ręki siekierę, by z uporem wyrąbywać swoją ścieżkę w dżungli naszego czasu…

 

Adam  Kulik

______________________________________________________________

Jedna odpowiedź na „Recenzje

  1. Pingback: Recenzje | adam wiesław kulik

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s