Recenzje

Czas hieny  grzegorzfilip.wordpress.com/category/adam-kulik  autor  Robert Horbaczewski „Kronika Tygodnia” data publikacji  21.05.2013 r. Czas hieny w Wożuczynie W Wożuczynie wrze. Mies…

Source: Recenzje

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Z biegiem Bugu. Dzień VII

Firma Autor prezentuje VII rozdział  najnowszej książki A. W. Kulika Z biegiem Bugu.

Rzecz traktuje o podróży rozpoczętej w Zamościu, z biegiem ostatniej dzikiej rzeki Europy, i dalej na północ, aż do enklawy tatarskiej w Kruszynianach. Po drodze święte miejsca prawosławnych w Jabłecznej i Grabarce, enklawy unickie w Pratulinie, Kostomłotach i Kodniu, dawna ziemia tatarska na Podlasiu (Lebiedziew), piąte miasto koronacyjne na ziemiach polskich, Puszcza Białowieska, w końcu dojeżdżamy do potomków Tatarów w Kruszynianach. Żyjemy w trudnym, ciekawym czasie, Firma pamięta jeszcze bezdech Peerelu, więc od czasu do czasu cwaniactwo i głupota dzisiejszych polityków powoduje jej  frustrację, co znajduje wyraz na kartach książki. Całość można uzyskać po skontaktowaniu się z Firmą Autor: awkulik29@gmail.com, i postawieniu Firmie piwa. Bardziej kulturalni mogą postawić kawę. Firma  toleruje oba napoje.

Ponieważ Firma Autor nie opanowała jeszcze niuansów technicznych, do VII rozdziału, zamieszczonego na blogu, nie załapały się zdjęcia z podróży (za to są podpisy pod nimi). Niemniej w oryginale fotografie mają się całkiem okazale.

 

 

Dzień VII

 

Kostomłoty, liturgia neobizantyjska w staro-cerkiewno-słowiańskim. Unici w Kostomłotach, czyli druga burza w szklance wody. Wojny unicko-prawosławne w Rzeczypospolitej. Ślady Tatarów w Lebiedziewie. Historia jednej dewastacji. Rozczłapane miasteczko Terespol. Neple i uroda dziedziczki. Rosyjska zbrodnia w Pratulinie. Jak samodzierżawie carskie niszczyło Kościół unicki w I Rzeczypospolitej. Nieustająca żądza podboju. 100 000 Podlasiaków rzuca wyzwanie carowi. Pałac biskupów łuckich w Janowie Podlaskim. „Okoliczności krajowe i słabość duszy” panujących.

 

Niedziela. Mocne słońce po nocnym deszczu. Chce się wyjechać jak najwcześniej ale mamy zaproszenie na mszę. Ojciec Roman odprawia w trzech językach: do właściwego liturgii dodaje polski (ze względu na nas?) i francuski. Kazania, na prośbę mieszkańców wsi, wygłasza zawsze po polsku. Po wojnie, w 1945–46, kiedy królowała u nas przeszczepiona ze Wschodu totalitarna moda na przesiedlenia ludności, miejscowi pytani o narodowość odpowiadali podobnie jak Warmiacy i Mazurzy: my tutejsi. Nie uchroniło ich to jednak od wywózki – wsie zdewastowano a ziemię oddano PGR-om, które miały podnosić kulturę rolną we wschodnim, przygranicznym pasie. Po latach, zrazu nieśmiało, potem częściej, wracali na ojcowiznę spod Szczecina i Piły przejmując, a nawet wykupując własne gospodarstwa.

Stoimy w przedsionku cerkwi, w babińcu. Nabożeństwo prawie identyczne jak w cerkwi prawosławnej a mimo to, czuję się tu u siebie, nie jestem obcy. Niewątpliwie pomaga autosugestia ale czy tylko? Słońce filtrowane przez kolorowe szyby okien wyprawia dziwne harce wokół ikony św. Nikity. Jeszcze chwila i obraz się unosi, jaśnieje w powietrzu. MAT poświęca cały film na utrwalenie obrzędu, w którym uczestniczą także młodzi ludzie z obozu wędrownego, ubrani w popularne, wojskowe drelichy. Ktoś prowadzi do pierwszego rzędu Francuzów, wyraźnie uradowany ojciec Roman prosi jednego z gości o wygłoszenie paru słów, tłumacząc od ręki. Ten zbliża się do ikonostasu, staje obok księdza Romana i zaczyna mówić. Jak można się było domyślać prócz paru frazesów i okolicznościowych grzeczności Francuz niczego nie powiedział.

Nabożeństwo się kończy, ludziska wychodzą z cerkwi. Zatrzymujemy się przy głównych drzwiach czekając na proboszcza. Wypada po mszy zgrzany, rozpromieniony.

– Chcieliśmy podziękować księdzu i pożegnać się. Nie wiemy… – wyciągamy niepewnie pieniądze.

– A to do puszki. Powiedzcie znajomym i przyjaciołom o nas, niech przyjeżdżają. Zapraszam.

Żegnając się z panem Wiesławem wymieniamy adresy: ma znajomego, który odlewa w brązie znakomite repliki średniowiecznych, prawosławnych krzyży, w sam raz dla mnie.

Kostomłoty, wnętrze cerkwi unickiej

Usiłuję mu wytłumaczyć różnice w emocjonalnym odbiorze nabożeństwa prawosławnego i unickiego. Na co on, równie szczerze wyznaje, iż często modli się w swoim mieście nie tylko w kościele, także w cerkwi. Nie przeszkadza to księżom obu wyznań, zaś on sam czuje się bogatszy. To jest właśnie europejskość, a nie ciepła woda w kranie. Wygląda na to, że i w sferze religii średniowiecze, pieczołowicie kultywowane aż po wiek XX, ma się wreszcie ku końcowi. Nasz znajomy kończy rozmowę uśmiechając się:

– Mają szczęście ci z Jabłecznej. Gdyby w XIX wieku nie przekopali koryta Bugu, byliby dziś po tamtej stronie! To znaczy, nie byłoby ich.    Z Wiesławem Trzpisem przed ikonostasem

A więc jeszcze jeden paradoks „pańskiej Polski”, rzekomo nienawidzącej wszystkiego co wschodnie, ruskie – jak chętnie zawołaliby na wiecach niedouczeni prestidigitatorzy.

Drugą burzę w szklance wody, tym razem w odniesieniu do neounii w Kostomłotach wywołał doktor Grzegorz Kuprianowicz, pisząc po lekturze mojego reportażu[1] drukowanego w „Kulturze”, do Jerzego Giedroycia: „Niemalże z zachwytem Autor pisze o parafii neounickiej w Kostomłotach. Problem neuonii jest jednak nieco bardziej skomplikowany niżby się mogło wydawać po rozmowie z proboszczem tej parafii ks. R. Piętką. […] A. Kulik pisze między innymi o Kostomłotach: trzy parafie zdecydowały się w latach dwudziestych wrócić do unii. Dla uzasadnienia mego sceptycyzmu wobec takich sformułowań pozwolę sobie zacytować relację o powrocie do unii tejże kostomłockiej parafii w r. 1927, zamieszczoną w piśmie ukraińskim „Duchownyj Sijacz” (notatka Cerkwu w Kostomłotach zamknuto, nr 29-30 z 1927 r., s. 31-33): Dnia 10 czerwca z Białej Podlaskiej przybyli do Kostomłot przedstawiciele katolickiej hierarchii kościelnej i, wezwawszy sobie na pomoc policjantów z posterunku w Kostomłotach, rozbili zamki w cerkwi i po raz drugi (poprzednio 31 I 1927 r. – G. K.) zabrali ją do swojej dyspozycji […]. Ludność myślała, że jest to po prostu nieporozumienie. I rzeczywiście, 23 czerwca, w dzień święta prawosławnego, gdy nie było w Kostomłotach księdza katolickiego, organista katolicki Jan Prokopiuk oraz wójt kostomłockiej gminy otworzyli cerkiew i odsłużono w niej liturgię. Na drugi dzień cała społeczność prawosławna z Kostomłot poszła z procesją na święto do klasztoru w Jabłecznej. Ale podczas nieobecności prawosławnych ksiądz Tychowski z organistami Prokopiukiem i Nikolskim, pod ochroną policji, połamał zamki w cerkwi i znów zabrali ją w swoje ręce. Gdy 26 VI powróciła z Jabłecznej procesja, nie została ona wpuszczona do cerkwi […]. Przybyły do cerkwi, na wezwanie ks. Tychowskiego, patrol policji z nakazu komendanta chciał oddać salwę do ludzi. Najodważniejsi nie dopuścili do tego łapiąc policjantów za karabiny.[2]

Tak wygląda w liście Kuprianowicza, bądź co bądź naukowca, dramat unitów, których carski ukaz 1875 roku bez pytania o ich wolę, przy pomocy nahajek zrobił prawosławnymi, i którzy po I wojnie światowej wrócili do swej religii. Wcześniej jednak, w tym samym liście, pan Grzegorz, po omówieniu problemu „c”, czyli neounii, postanowił wrócić do „a” i „b”. „W polskiej literaturze historycznej i publicystycznej – pisze – przyjęte jest rozważanie zagadnień religijno-narodowościowych na tym terenie w II poł. XIX wieku niemal wyłącznie z perspektywy walki z rusyfikacją i prawosławiem. Nic więc dziwnego, że w ten sposób ujmuje to również Autor. Ograniczenie się wyłącznie do takiej optyki prowadzi jednak do poważnych zafałszowań. Gdy się mówi „c” należy także powiedzieć „a” i „b”. To prawda, że likwidacja unii na Chełmszczyźnie dokonywała się metodami administracyjnymi i nie obyło się bez ofiar. Ale należy też pamiętać, że przed unią było tu prawosławie, a samą unię wprowadzano przy użyciu siły, jeszcze brutalniej niż ją likwidowano. Warto zauważyć, że prześladowania unitów trwały 30 lat (1875-1905), zaś prawosławia, z różnym natężeniem oczywiście, niemal 200 lat (1596-1795).”

Kiedyś mówiło się po prostu, że ktoś (w tym przypadku pracownik uniwersytetu narodowości ukraińskiej – co może mieć znaczenie), kłamie. Dzisiaj mówi się: mataczy. Czy to coś zmienia? Nic, ale – co wiedzą doskonale komuchy i liberalne towarzystwo postkomunistyczne – rozmydla prawdę. „Metody administracyjne likwidowania unii” na Podlasiu to nic innego jak rosyjskie (niestety prawosławne), plutony egzekucyjne, które strzelają do unitów, zgromadzonych wokół swych greckokatolickich cerkwi i broniących przejęcia ich przez prawosławne duchowieństwo. 5/17 stycznia 1874 roku pod cerkwią w Drelowie zginęło pięciu mężczyzn znanych z imienia i nazwiska. 24 stycznia tego samego roku w Pratulinie zabito 13 osób, rany odniosło 180, dalszych 80 powędrowało do rosyjskich kazamat. Konsul angielski w Warszawie, podpułkownik Mansfield donosił swojemu rządowi, że „w Drelowie i Pratulinie miały miejsce mordy na procesjach z krzyżem w ręku”[3]. 6 grudnia 1875 roku Rosjanie spędzili ludność 10 gmin na zamarzłe stawy za wsią Rudno i trzymali wszystkich na 15 stopniowym mrozie do 13 grudnia. Przez tydzień! Wielu zmarło, między innymi kobieta z urodzonym tam dzieckiem. Z kolei w czerwcu 1867 roku 3000 unitów broniło swojej cerkwi w Kodniu. Zostali odizolowani przez sołdatów, pozbawieni jedzenia i picia w upale. W Mszannie (1871) kozacy zakatowali nahajkami na           śmierć cztery kobiety, które nie chciały wpuścić do cerkwi prawosławnego duchownego. Są znane z imienia i nazwiska. Prosty chłop z wioski Gęsi, nazwiskiem Lisak, został w 1872 roku namaszczony na czole olejem przez prawosławnego duchownego i tym samym stał się – jak mu powiedziano – wyznawcą prawosławia. W domu wyciął sobie brzytwą skórę z czoła i wrzucił w ogień. Podobne przypadki zdarzały się na Ziemi Zamojskiej, np. w Szczebrzeszynie. W 1874 roku „w

53 parafiach unickich od

Chłopi na starej pocztówce                                       Sokołowa Podlaskiego po Włodawę rozmieszczono załogi wojskowe, które znęcały się nad ludnością, wymierzały kary chłosty [w parafii Kornica sztabskapitan Klimenko przez 3 dni Świąt Bożego Narodzenia rozdawał unitom po 50–100 nahajek], trzymały opornych na mrozie, zmuszały do bezużytecznej pracy, zabierały siłą dzieci do chrztu, urządzały powtórne pogrzeby prawosławne, wyszukiwały ukrywających się [w okolicznych lasach] i odstawiały ich do więzienia, wysiedlały w głąb Rosji [tylko w roku 1874 ok. 600 osób], znęcały się nad zwierzętami domowymi, aby wywrzeć presję na ich właścicielach, konfiskowały mienie, nakładały kontrybucje, stacjonowały w poszczególnych gospodarstwach, doprowadzając je do ruiny.” Józef Spuś z Rudna trzy razy pieszo uciekał z Sybiru w 1878,1884, 1891 roku. Rekordzista, Piotr Zabuski z Hołubli, wrócił z zesłania po 35 latach![4]

Zdarzały się wypadki, jak w 1874 roku w Jabłoniu, że unicki ksiądz „sprzedał cerkiew” i przeszedł na prawosławie. „Wyklęty przez konającego wyznawcę, w stodole się

powiesił”.

Tak wyglądały carsko-prawosławne „metody administracyjne” likwidowania unii ledwie przez 30 lat, i „powrót do dawnej wiary”. Represje zelżały dopiero po ukazie tolerancyjnym z 1905 roku, a spokój na Podlasiu nastąpił w 1915, kiedy cofające się wojska rosyjskie zabrały w głąb Rosji popleczników starego reżimu. Wówczas na Podlasie weszła I i II Brygada Legionów Polskich i zapanowała normalność.

Prawosławni tyle mówią o prześladowaniach swojego wyznania przez katolików („jeszcze brutalniej”!), od czasu synodu w Brześciu (1596), ale powtórzę: nigdzie ani w prawosławnej, ani w polskiej literaturze nie wyczytałem takiej barbarii w modelowaniu sumień ludzkich jak zdarzyło się to po roku 1875 z prześladowanymi unitami. Są przepychanki sądowe, tumulty, najazdy, rozbijanie zamków w cerkwiach, odwołania do króla i królewskie delegacje usiłujące zaprowadzić ład, nawet pobicia, ale dotąd nie znalazłem wzmianki o wojsku strzelającym z rozkazu króla czy hetmana do prawosławnych. Może przez cały siedemnasty i osiemnasty wiek zdarzyło się, to w końcu kawał czasu, ale gdzie są dokumenty, świadectwa?

A może, po prostu, przestańmy zakłamywać własną historię? Bo historia Ukraińca żyjącego w Rzeczpospolitej jest też jego historią, może tylko nie bardzo zdaje sobie z tego sprawę. Na to co za Bugiem, nie mamy wpływu. Historia jest nauką o faktach, a nie pobożnych życzeniach przedstawicieli tej czy innej mniejszości narodowej lub religijnej.

Prawosławie nad Bugiem, po jego zachodniej stronie, jest obecne od tysiąca lat. Od czasów króla Kazimierza Wielkiego jest pełnoprawną religią w Królestwie Polskim. To wystarczająca legitymacja, by prawosławni czuli się tutaj jak u siebie. Nie usprawiedliwiam „polskiej” komuny (przecież wszyscy wiemy, że to bolszewia przywleczona ze wschodu), ma ona swoje przewiny, ale do powszechnego zdziczenia jak na wschodzie, nawet ona nie dopuściła. Myślę o prześladowaniach religii i księży. Ustalmy proporcje win i zasług, dla naukowca to nic trudnego.

Moje komentarze można, oczywiście, interpretować jako jeszcze jedno odbicie piłeczki przez łacinnika. Naprawdę są próbą dotarcia do prawdy, wymazania narosłych uprzedzeń i celowo wprowadzanego fałszu, byle zyskać usprawiedliwienie dla czynów niegodnych. Nie chcę nikogo oskarżać ani usprawiedliwiać, chcę znać prawdę. Bez względu na wyznanie, pochodzenie, lektury czy aktualnie obowiązujący trend w polityce. Na zachód od Bugu to naturalne pragnienia, powinny też takie być dla przybysza stamtąd, jeśli chce z nami tworzyć wspólnotę. W Kostomłotach unia się odrodziła i funkcjonuje dzięki mądrej, dojrzałej działalności ojca Romana Piętki. To naprawdę aż tak wielki ból, że pół miliona polskich prawosławnych nie może z tego powodu spać? W europejskim państwie, które chce być normalne, pokojowo nastawione, i chce szanować wszystkich obywateli? Przestańmy się wygłupiać. Zacznijmy choć trochę się lubić, by nie dać się podpuszczać pierwszemu lepszemu hochsztaplerowi udającemu polityka, który ostatni raz miał książkę w ręku 30 lat temu, przed maturą. Dziś nie mamy powodu do wzajemnej niechęci. Piszę to pamiętając o ludobójstwie na Wołyniu – od odpowiedzialności za tę zbrodnię także nikt nie ucieknie. Nie dlatego, że tak sobie wymyśliliśmy, tylko dlatego, że zbrodnię należy osądzić zawsze.

W Kostomłotach otrzymaliśmy precyzyjne namiary na mizar, czyli cmentarz tatarski, w Lebiedziewie. Jedziemy pewnie, orientując się na Bug i słońce. Etap płaski. Lekki wiatr, słońce, pedałujemy nieśpiesznie pogadując:

– Wiesz co mnie drażniło w Jabłecznej? – MAT drąży nadal. – Zewnętrzność obrzędowa, hołdowanie formie, która wcale nie wyzwalała głębokiej, uniwersalnej więzi międzyludzkiej. Ma ona znaczenie czysto sytuacyjne: jakby wyzwalała więź chroniącą interes grupy. Obrządek unicki okazał się o wiele łagodniejszy. Prawosławie interesuje lud – nawóz i statystyka! Kościół rzymskokatolicki zwraca się ku człowiekowi jako jednostce odpowiedzialnej.

No i masz!

– Zastanawiałeś się, jak to wygląda z ich strony? – pytam.

– I dlatego denerwowało mnie, jak lazłeś w to, nie starając się nawet przymierzyć z dystansu.

W końcu wyrzucił to z siebie. Ulga. Rozmowa schodzi na ploteczki – obgadujemy paru wspólnych znajomych i lądujemy w genealogii. I cóż się okazuje: artysta malarz MAT ma znakomite parantele, po wyliczeniu przodków okazuje się, że jest w prostej linii prawnukiem siostry Juliana Fałata! Ciesząc się jego szczęściem nie próbuję nawet wyciągać swoich antenatów. Zdaje się to rozumieć i dodaje mi otuchy:

–          Ty tak sobie wisisz między hrabią a ciotą…

Hrabiostwo z łatwością daje się wytłumaczyć dziewiętnastowiecznym, pałacowym lustrem, które wisi w największym pokoju mojego M5, uratowanymi fotelami, wykładanymi macicą perłową z dworu pod Krakowem, ale ciota? Ani chybi, to odwet za dwutorowość moich upodobań malarskich: obok obrazów mojego rozmówcy na ścianach wiszą pejzaże chińskie na jedwabiu, takież sceny rodzajowe i rysunki kwiatów, że o rzeźbach z jadeitu i kamienia mydlanego nie wspomnę. Czego się nie znosi dla przyjaźni…

W przewodnikach turystycznych z mizarem w Lebiedziewie jest różnie: w jednym nie ma go wcale, w drugim istniał do niedawna. Najbardziej rzetelna okazuje się mapa zabytków aż z 1971 roku. Leży za wsią, przy niewielkim skupisku domów o nazwie Zastawek, dawniej noszącym nazwę Ułanowszczyzna, od osiedlonego tutaj tatarskiego rodu Ułanów. Aleksander Ułan był dowódcą tatarskiego pułku wojsk koronnych za czasów saskich, sława jego i jednostki, którą dowodził była tak wielka, że po jego śmierci pułk nadal zwano ułanowym. W czasach napoleońskich nazwa przenosi się na całą polską jazdę lekką.

Jaka epoka, tacy ludzie. Po ukochanym panu premierze też zostanie tuskoland – symbol zglajszachtowania publicznego życia kraju, doprowadzenie go na skraj ekonomicznej upadłości. Coś jednak wniósł do naszej historii, choć tak bardzo się stara, żeby nic nie wnieść.

Razem z MAT na mizarze w Lebiedziewie

 

Obszerny kopiec mizaru porasta dębina. Krzewy i chaszcze wycięte – ślad mądrych starań. Otacza go ziemny wał i rów. Nagrobki położone wyżej mają napisy od strony zewnętrznej, zachodniej. Te poniżej, rozlokowane w południowo-wschodniej części, od wschodu, od strony mogiły. W ślad za napisami ktoś próbował rekonstruować mogiły w zachodnią stronę, co jest przedobrzeniem zapędów „konserwatorskich”. Tatarzy duży kamień stawiali w głowie, ale nieboszczyk nogami zawsze skierowany był na wschód, w stronę Mekki. Natomiast napis na nagrobku, jeżeli już był, wykuwano odwrotnie – po zachodniej stronie, na zewnątrz mogiły. Na dobrze zachowanym mizarze w Kruszynianach, jeszcze czynnym, można prześledzić to dokładnie, chociaż zdarzają się nagrobki na polską modłę, z napisem od strony mogiły.

Lebiedziew był drugim co do wielkości osiedlem tatarskim na Podlasiu. W XIX wieku, jak podaje folder S. Jadczaka Śladami Tatarów na Podlasiu, mieszkało w nim dziewięć rodów mahometańskich (w pobliskiej Studziance 20 rodów), na czterdzieści osiedlonych w tym regionie: Abrahimowiczowie, Baranowscy, Buczaccy, Juszyńscy, Miłkowscy, Bohdanowicze, Assanowicze, Szulewicze i Ułanowicze. Nagrobki uzupełniają tę listę, napis cyrylicą: MATWIEJ IWANOWICZ POŁKOWNIK 12 WIELKOŁUCKIEGO POŁKA SKONCZ 25 IJULIA 1900 NA 79 G. ŻYZNI DORGOMU MUŻU I OTCU. Inny, narzutowy głaz dźwiga pięć wersów, dwa pierwsze w języku arabskim, trzeci wers: ROKU 1704, czwarty z trudem daje się odczytać: M… KORYCKI, piąty nieczytelny. Z granitowego obelisku o kształcie fallicznym (forma najprawdopodobniej przypadkowa) obok daty „R 1796” udaje się tylko odczytać „Kochaney Ż…” oraz „…naymilszy…”. Jak każda nacja Tatarzy lubili wypisywać własne lub rodzinne zasługi: IOANNA Z BARANOWSKICH KORYCKA PUŁKOWNIKOWA WOYSK P. D 2 PA 1826 R., lub FELICYA Z KORYCKICH BUCZACKA MARSZAŁKOWA P. BIALSKIEGO ZMARŁA D. 7 CZER 1823. Zdarzają się małe (50-60 cm) obeliski zawierające tylko datę: 1905 G. 25 IJULIA – napis w języku rosyjskim. W większości narzutowe głazy nie mają żadnego napisu, z rzadka w alfabecie arabskim.

W najbliższej zagrodzie usiłujemy dowiedzieć się czegoś więcej. Pani Irena Maciejczak informuje, że w Lebiedziewie Tatarów już nie ma i nikt nie pamięta gdzie stał meczet. Wie tylko, że spalili go Rosjanie, wycofując się podczas I wojny światowej na wschód. Teściowa naszej rozmówczyni wspomina czas ostatniej wojny, kiedy Niemcy wywozili z mizaru pomniki z białego marmuru, podobno jeden z nich (z aniołkiem) stoi do dziś na cmentarzu w Kodniu. Niemcy zabierali także granitowe głazy na budowę drogi w stronę Małaszewicz – dwukilometrowy jej odcinek między mizarem a stacją CPN jest wybrukowany rozbitymi na kawałki pomnikami Tatarów. Pytamy czy i dzisiaj nie dokonuje się podobnej dewastacji,                    Jeden z najstarszych grobów, pani Irena przeczy:                                                                                                                                    fot. M. Terlecki

– Jeden z miejscowych stawiał przed wojną     drewniany dom – na rogach kładło się cztery duże kamienie, dopiero na nich zrąb. Gospodarzowi brakowało jednej podpory, wziął z mizaru. Dom stanął, ale chłop nie mógł spać – drzwi się otwierały. Odczyniał uroki, księdza sprowadzał, nie pomagało. Ktoś poradził, żeby odniósł kamień, co uczynił i… drzwi przestały się otwierać. Dowiadujemy się również, że rokrocznie od dwóch lat przyjeżdża z Warszawy pewien nauczyciel ze swoją klasą, przez dwa

tygodnie wycinają krzewy na mizarze,

Nieistniejący meczet w Lebiedziewie                    oczyszczają go ze śmieci, stawiają na swoich miejscach przewrócone obeliski. Pozostało jeszcze wykonać ogrodzenie.

Siedzimy ze trzy godziny wśród kamieni i dębiny, jedynej prócz zapisanych słów pozostałości po niezwykle barwnej społeczności na Podlasiu. Do mizaru w Studziance nie pojedziemy, leży zbyt daleko od naszej trasy, dotrę tam później, by porozmawiać z ostatnią przedstawicielką tej społeczności – panią Bandziarewicz, półtatarką. Niektóre cechy temperamentu Tatarów i polskiej szlachty doskonale uzupełniały się, poczynając od brawurowych, konnych szarż a na nie stronieniu od kielicha i awanturach obmyślanych nieraz z iście wschodnią przebiegłością kończąc. Ilustracją niech będzie przygoda jaka przydarzyła się generałowi Józefowi Bielakowi w roku 1774.

Mizar w Lebiedziewie, fot. Marek Terlecki

 

Zaprosił Tatar Tatarzyna na wesele (w Studziance) – można by zacząć jak w przypowieści – z zamiarem wyprawienia na lepszy świat. Zapraszający, rotmistrz Gazej Korycki, cierpliwie znosił przez dni kilka jak wróg bawił się, objadał i opijał na jego koszt. Gdy uznał, że czara się przepełniła, wszczął pod byle pretekstem burdę rycząc: „Rąbajcie jego, ja odpowiem!” Generał Bielak ledwie uszedł z życiem.

Nie koniec to jednak historii z nazwiskiem Bielak. Komuna padła, można było wziąć kredyt i kupić dom na wsi, z kawałem lasu, pod Lublinem. Okazało się, że wpadliśmy w rojowisko złych ludzi i intencji. Przyszywani wiejscy sąsiedzi także chcieli nabyć tę posiadłość, ale znacznie mniejszym kosztem lub przejąć całkiem za darmo. Zaczęły się włamania, kradzieże, dewastacja iście tatarska: z poprzewracanych szaf wywalano ubrania, posypywano kawą rozpuszczalną, mąką, cukrem i lano na to płyn do mycia naczyń. Podmalowywano święte, wiejskie obrazki na ścianach, nawet ściany piłowano piłą. Brat naszej „sklętej” sąsiadki zza miedzy, wezwany zapewne, przyjechał specjalnie z Poniatowej do naszej wsi, żeby kłócić się z mieszczuchami.

– Ja was urządzę, że będziecie stąd sp…lać! – straszył mnie zza płotu.

Wszyscy wiemy, jaka to nasza wieś kulturalna i spolegliwa. Zwróciłem uwagę, że wyglądał jak Kałmuk: płaska, tępa twarz, złe, czarne oczy, zamiast włosów sztywna, stercząca szczecina, nie dająca się przygładzić najgrubszym grzebieniem. Ponieważ włamania połączone z dewastacją (nie kradzieżą na butelczynę, jaką stosują wiejscy pijaczkowie!) nasiliły się, wspólnie z policją zaczęliśmy robić dochodzenie. Było jasne, że nękano nas z powodu jakiejś kuriozalnej zemsty, ponieważ ośmieliliśmy się tutaj osiedlić. I że muszą to być działania sterowane przez najbliższych „sąsiadów”, skłóconych z połową wsi. Albo przez nich zlecone. Powiązałem wszystkie nitki (brat naszej kłótliwej sąsiadki, ten od szczeciny, nosił nazwisko Bielak). Poszedł elaborat gdzie trzeba, po drodze założyłem alarm i – włamania ustały jak ręką uciął. I niech ktoś powie, że z Azji wyrasta się łatwo. Nawet po 300 latach…

Prezydent Kaczyński też myślał, że leci do Europy. Niestety, była to jednak wyprawa do Azji. Z azjatyckimi służbami gotowymi na wszystko, mniejsza o język, w którym te służby się komunikowały. Mimo kilkusetletnich, ciągle tych samych doświadczeń bywamy naiwni jak dzieci. Na wschodzie nic się nie zmieni, nawet kiedy przyjdą po nas wnuki. Trzeba to zapisać jako constans i konsekwentnie pamiętać, jeśli chcemy normalnie żyć. Oczywiście były prezydent, to znaczy były sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, Kwaśniewski, żyje normalnie. Były pierwszy sekretarz Jaruzelski, Kiszczak – były szef tajnej policji jak najbardziej. Czy to coś mówi? Myślącym, tak!

Jedziemy do Terespola wypatrując po drodze fortów twierdzy brzeskiej, w których dzisiaj kisi się i przechowuje słynne terespolskie ogórki. Gdzieś tutaj niedaleko, w Kolonii Lebiedziew, powinno być stanowisko baterii artyleryjskiej, planowane jako punkt oporu drugiej linii.

Sam Terespol interesuje mnie z racji swej wędrówki: położony pierwotnie tuż przy Bugu, naprzeciw Brześcia, odsuwał się od niego w miarę jak twierdzę brzeską otaczano coraz doskonalszymi, w miarę rozwoju artylerii, pasmami umocnień i fortów. Kiedy miasto potrzebowało terenów pod nowe fortyfikacje, Terespol posłusznie wyburzał część swoich domów przesuwając się na zachód. W efekcie ze starego, ładnego miasteczka pozostała jedynie klasycystyczna cerkiew z końca XVIII wieku, a ono samo przypomina dziś rozczłapany chodak. Oprócz cerkwi wart obejrzenia jest żeliwny obelisk z 1823 roku, zdobiony płaskorzeźbami, upamiętniający budowę pierwszej w Kongresówce drogi bitej z Warszawy do Brześcia.

W roku 1748 Antoni Pociej sprzedał Terespol Jerzemu Flemingowi, ministrowi Augusta II Mocnego. Fleming sprowadził z Niemiec kolonistów, którzy wybudowali miasteczko na swoją, niemiecką modłę: całe murowane, o czerwonych dachach, pośrodku ratusz z zegarem, sklepy, na uboczu kościół i klasztor dominikanów obserwantów, […] kircha dla ewangelików. W Terespolu koncentrował się główny zarząd dóbr Fleminga, znajdowała się szkoła, warsztaty rozmaite, apteka – pisał Antoni Rolle. Miasteczko odziedziczyła po ojcu Izabella, żona księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego – kokietka kolekcjonująca mężczyzn jak bransoletki, z czasem gorąca patriotka, założycielka pierwszego na ziemiach polskich muzeum w Puławach. Pani wielkich zasług dla naszej kultury.

W 1827 roku wielki pożar zniszczył osiedle Niemców, kościół i klasztor dominikanów, pałac Flemingów. W rezultacie Niemcy opuścili miasto. O losach Terespola przesądził car Mikołaj I, który po stłumieniu powstania listopadowego kazał wznieść w Brześciu, w widłach Bugu i rzeczki Muchawiec twierdzę mającą osłaniać carskie włości od dzikich i ciągle niezadowolonych Polaków. Dziedziczna, nieustająca, rosyjska nieufność … Ale po co ta ręka, wyciągająca się nieustająco po nie swoje? Przecież można by spróbować żyć normalnie, obok siebie? Bez twierdz i tajnych służb? Żartuję. Na Wschodzie nie do pomyślenia…

Właśnie wtedy, po decyzji Mikołaja, rozpoczął się ów marsz Terespola w zachodnią stronę – musiał odsunąć się od twierdzy na odległość zapewniającą jej wolne pole ostrzału i skuteczną obronę.

O Brześć Litewski Polska Piastów i Ruś Rurykowiczów (nie mylić z Rosją, której wówczas nie było na żadnej mapie świata!), rozpoczęły rywalizację tysiąc lat temu, od roku 1020! Pierwszy zamek wzniósł w Brześciu Kazimierz Sprawiedliwy (1182), następny – książę wołyński Włodzimierz Filozof. Król Kazimierz Wielki włączył zamek brzeski w system obronny skupiający fortalicje w Chełmie, Mielniku i Drohiczynie, przez który będziemy przejeżdżać. Podczas wojen prowadzonych przez Rzeczypospolitą w czasach króla Jana Kazimierza, w Brześciu bronił się z powodzeniem przed Szwedami, wojskami Bogusława Radziwiłła i armią Bohdana Chmielnickiego, wojewoda witebski Sapieha. Po ostatnim rozbiorze Rzeczypospolitej (1795), zamek brzeski, fortyfikowany wałami ziemnymi o zarysie bastionowym, zagarnęli Rosjanie. Zaraz też zapragnęli wznieść tutaj twierdzę z prawdziwego zdarzenia, ale plany zaczęto realizować dopiero w 1832 lub 1833 roku. Projekt twierdzy wykonał m.in. generał Malletski, ten sam, który fortyfikował Zamość. Ostatecznie wybrano plan generała Oppermana. W 1831 roku odsunięto na wschód Brześć o ćwierć mili, natomiast Terespol powędrował na zachód „o 600 sążni”dopiero w roku 1854.

Badacze rozróżniają sześć faz rozbudowy twierdzy brzeskiej (właściwie należałoby chyba mówić brzesko-terespolskiej?)[5]. Do 1848 roku usypano obwarowania ziemne o długości 6,4 km i wzniesiono na wyspie cytadelę – centralny punkt obrony. Wody Bugu i Muchawca wyodrębniły trzy grupy umocnień, trzy przedmościa: Terespolskie, Kobryńskie i Wołyńskie. II i III faza rozbudowy umocnień nie przyniosła niczego istotnego – poprawiano, co już istniało. Interesująca natomiast jest czwarta faza budowy (1871-85), powstało wówczas wokół cytadeli 10 fortów artyleryjskich, w odległości od 2,5 do 5 km od siebie. Na Przedmościu Terespolskim: fort VI Terespol i VII Łobaczew.

Faza V (1885-1914) nadała twierdzy ostateczny kształt: stare forty zmodernizowano (np. fort VI Terespol,                                    Pozostałości umocnień twierdzy

pomiędzy Michałkowem a Polatyczami, został zmodernizowany z przeznaczeniem na śródszaniec), a na zewnątrz nich wybudowano w rozstawieniu od 1,7 do 3,5 kilometra nowoczesne forty główne Koroszczyn (F 0), Lebiedziew (F L), Kobylany (F K) i Ogrodniki (F I). Budowę trzech pierwszych rozpoczęto w roku 1912, fortu Ogrodniki (I) w 1914. Wsparciem dla fortu Ogrodniki był dodatkowy, piąty fort z Żukach. Od cytadeli w Brześciu forty główne dzieliła przestrzeń 8 kilometrów, ale dodatkowo, w odległości 3,5 kilometra przed nimi, wybudowano jeszcze przesłony w formie wysuniętych, półstałych fortów piechoty. Forty główne miały zarys jednowałowego trójkąta (szerokość 550, głębokość 400 metrów), z potężnymi kazamatami. Grubość ich betonowych ścian wynosiła od 2,5 do 5 metrów. Całość otaczano fosą.

Fortyfikacje twierdzy brzeskiej w okolicach Terespola

Podobnie fosa osłaniała forty półstałe, które stawiano na planie trapezu (zidentyfikowano je m.in. w Małaszewiczach, Koroszczyniu, Dobryniu Dużym i Moderowicach). Tutaj beton wylewano do swego rodzaju skrzyń z grubych bierwion, których nie rozebrano po zastygnięciu. Być może czas naglił, pierwsza wojna światowa już wisiała w powietrzu. Forty półstałe osłaniały na flankach zaokrąglone stanowiska karabinów maszynowych i lekkich dział. W centrum instalowano ckm. Piechota zajmowała stanowiska na ziemnym wale, który chronił schowane w głębi kazamaty. Te przeznaczono na składy amunicji i schrony.

Pomiędzy fortami głównymi, mniej więcej co kilometr, powstały dodatkowe forty przedpola. Te z kolei zidentyfikowano w Kobylanach, Lechutach Dużych, Lebiedziewie, Dobratyczach i w pobliżu Łobaczewa Małego. Dodatkową obronę zapewniały typowo polowe linie okopów ze schronami, drewniano-ziemne pozycje baterii artyleryjskich, rozmieszczone w głębi obrony (zidentyfikowane m.in. we wsi Piszczanocha, Kolonii Dobratycze i Kolonii Lebiedziew) , wały i przeszkody wodne. Wystawiono także specjalne kopuły pancerne do obserwacji pola walki pod ogniem nieprzyjaciela. Podstawowe zadanie obrony spadało na forty główne. Rosjanie zmienili też w tym czasie nazwę Przedmościa Terespolskiego na Pozycję Koroszczyńską, która odtąd będzie figurowała w planach i dokumentach. Zajmowała ona obszar od Bugu poprzez Terespol i Koroszczyn po Kołczyn, i stanowiła podstawowy element obrony na kierunku Warszawa – Moskwa.

W latach 1914-15 (faza VI) wysunięto umocnienia polowe dla artylerii, którą wyprowadzono z fortów. Krótko mówiąc zagęszczono obronę poprzez konstrukcję półstałych punktów obrony między fortami, nasycając je artylerią i piechotą. W ten sposób powstały wały międzyfortowe, półstałe forty piechoty, itp. Obwód całego systemu obrony, owych nowoczesnych, rozśrodkowanych grup fortów terespolsko-brzeskich sięga 50 kilometrów! I do dziś zachował się całkiem nieźle – tylko w gminie Terespol naliczono 35 obiektów. Mimo, że niszczone (próby wysadzeń, rozbiórek, niwelacji wałów, wywózki piachu z umocnień), stanowią ważny w skali europejskiej zabytek. Wydaje się, że najgorszy czas twierdza brzeska ma już za sobą. Wyraźnie idzie nowe: amunicyjny magazyn w Kobylanach adaptowano na lokal gastronomiczny.

Wszystko to znam z opowieści dwóch panów, Krzysztofa Tarasiuka i Wiesława Jurka, którzy byli bardzo pomocni przy realizacji kolejnego odcinka Z biegiem Bugu. Dzięki nim ekipa mogła dotrzeć w najbardziej atrakcyjne pozostałości umocnień. Mogliśmy obejrzeć mocowania drzwi o grubości 2 metrów! Część betonowych konstrukcji „wyszła” do wierzchu, ponieważ ziemię, którą były przysypane, w latach 50. wywożono wąskotorówką na nasyp pod drugi most na Żółtej Wodzie. Panowie byli niepocieszeni, że sami nie dbamy to, co nasze. Rozłożyli plany twierdzy brzeskiej, z których jasno wynikało, że Wyspa Lotnicza na Bugu powinna pozostać po polskiej stronie. Tymczasem w 1992 roku nasz rząd sporządził aneks do umowy międzynarodowej i oddał wyspę Białorusinom.

My tymczasem staramy się dotrzeć do Bugu aby zobaczyć Brześć bodaj przez wodę. Kluczymy koło przejścia granicznego, wjeżdżamy na dawną drogę wybudowaną w

Realizacja odcinka Z biegiem Bugu w Terespolu

dwudziestoleciu międzywojennym – charakterystyczne konstrukcje, nawet kształt słupków przy drodze. Przebijamy się nad stare bużysko przygotowane do kiszenia ogórków, i… tu kończy się droga. Ale Brześcia nie widać, oddziela go nieprzenikniona ściana wierzb i olch

Bużysko w Terespolu przygotowane do kiszenia ogórków, fot. Grzegorz Serej

 

splecionych chaszczami. Amazoński, dziki las. Żywa tradycja Iwana IV Groźnego, który – jak zapisał Antonio Possevino – nie wiedział: jest księciem, królem a może cesarzem?[6]

W starym bużysku tkwią równe rzędy wbitych w dno pali, z brzegu schodzi do wody pochylnia, którą stacza się beczki z ogórkami do kiszenia. Ogórki kiszono w ten sposób już w XIX wieku, ale produkcja przemysłowa ruszyła w roku 1927. Trudnili się tym Żydzi, na wydzierżawionych od oficerów brzeskiego garnizonu terenach dawnych fortów. Kiszono w dziewięciolitrowych słojach, ale przede wszystkim w dębowych beczkach po śledziach, bezpośrednio w bużysku, czyli po prostu w starej rzece. Coś musi być w tej wodzie, która do dziś daje ogórkom niepowtarzalny smak. Pod koniec lat 30. XX wieku produkowano tutaj co roku 30 000 beczek ogórków i 10 000 beczek kiszonej kapusty. Kiszone ogórki wysyłano do Anglii, kapustę do USA. W czasie wojny Terespol produkował przetwory dla Wehrmachtu. Po 1956 roku, jak przed wojną, powstały trzy firmy produkujące kiszone ogórki, m.in. w forcie Lebiedziew i Kobylany. Wysyłano je do Szwecji, USA, Australii, Kanady, Niemiec, nawet do Wenezueli i Birmy. Transformacja ustrojowa położyła kres kiszonemu biznesowi: Terespol wyspecjalizował się w eksporcie towaru do byłego ZSRR, po naszym wejściu do Unii wschodni rynek załamał się. Podobnie jak hurt meblowy i produktów spożywczych na Zamojszczyźnie. Z trzech firm ocalała jedna, która próbuje nawiązać do dawnej świetności. Pewnie się uda, ziemia terespolska to region czysty, ekologiczny, do przetworów tu wytwarzanych nie dodaje się chemii. Prędzej czy później ludzie zaczną szukać nie najtańszej ale zdrowej żywności.

Dwadzieścia kilometrów na zachód od Terespola leży Biała Podlaska. Dawna Biała Radziwiłłowska. Niby wszyscy wiemy, że Radziwiłłowie, niekoniecznie i nie zawsze dobrze zapisani w naszej historii, byli największymi magnatami litewskimi, niemal udzielnymi książętami panującymi, należeli do ścisłej elity politycznej Rzeczypospolitej. A jednak na wschodzie wie się lepiej. Do 1863 roku, tzn. do wybuchu Powstania Styczniowego, różnowiercy na Podlasiu żyli zgodnie. Po powstaniu należało namieszać, podzielić Polaków, jak teraz, po katastrofie w Smoleńsku, żeby łatwiej trzymać ich w jarzmie. Car kazał ściągnąć z Galicji duchownych unickich. Zaczęło się „oczyszczanie obrzędów z naleciałości łacińskich”, czyli prześladowanie unii na Podlasiu, która rozkrzewiła się tutaj szeroko, podobnie jak w Białorusi przed carskim dekretem, kasującym tam unię. „Ci to pasterze, Rusini, wyrzekłszy się swej wiary i narodowości, przy pomocy knuta, więzień, masowych morderstw i zsyłek do orenburskiej guberni nawracali swe owieczki, które dobrowolnie (jak głosi dokument rządowy), wyraziły gorące życzenie <być jednej wiary z białym carem>. Naczelnik tego apostolstwa preoswiaszczennyj Markełł (Marceli Popiel), wówczas starszy sobornyj protorej, a później episkop lublinskij, przedtem Rusin [Ukrainiec] i ksiądz galicyjski, rozpoczął ostateczne wozsojedinienije z prawosławiem od uroczystości w Białej.”

24 stycznia 1875 roku zjechał do Białej

Biała Podl. dawny wjazd do rezydencji Radziwiłłów                       carski gubernator siedlecki Gromeka i objawił deputatom chłopskim i 28 księżom unickim, że „Gosudar Imperator zezwala najmiłościwiej na przyłączenie 45 podlaskich parafii unickich do cerkwi prawosławnej”. Na nabożeństwie, podczas kazania Podlasianie usłyszeli „jak prawosławny kniaź Radziwiłł stał się zdrajcą prawosławia i narodu rosyjskiego, prześladował duchowieństwo rosyjskie, wybudował […] [w Białej Podlaskiej] trzy kościoły, wprowadził mnichów łacińskich, przywiózł mniemane szczątki prześladowcy prawosławia i rosyjskiego narodu Jozafata… Jednym słowem, jak ten Radziwiłł odstępca zawlókł zarazę w sam środek tutejszego czysto rosyjskiego narodu i zbudował, niby to na wieczne czasy, przybytek zachodniego fanatyzmu, latynizacji i Polski”.

„Od tej chwili rozpoczęło się dzikie, barbarzyńskie niszczenie unii na Podlasiu i Chełmszczyźnie”.

Trzydzieści lat później car włączył tak podmalowaną na rdzennie rosyjski kolor Białą Podlaskę do nowo utworzonej guberni chełmskiej (sięgała aż po Szczebrzeszyn włącznie), podległej Kijowowi. Zaś w 1918 roku „rdzennie rosyjska Biała, uznana została przez Niemcy i Austrię w traktacie brzeskim za czysto ukraińską i jako taka weszła na papierze w skład przyszłej Rzeczpospolitej Ukraińskiej”[7].

Ktoś powie: bolszewia, kłamstwo! Bolszewia tylko kultywowała carskie wzorce. Tak tworzy się historię! Oczywiście na Wschodzie, Ukraińcy do dziś roszczą pretensje i powołują się na traktat w Brześciu. W podobny sposób tworzono „rdzennie ukraińskie” ziemie pod Chełmem. Po Powstaniu Styczniowym, do polskich dworów Ziemi Chełmskiej, zabranych właścicielom bezprawnie, bez wyroku sądu, nowi rosyjscy właściciele zaczęli ściągać najtańszych robotników narodowości ukraińskiej z Galicji. Napływ był tak duży, że w latach 40. XX wieku były to już ziemie „rdzennie ukraińskie” (przed II wojną w powiecie chełmskim Ukraińcy stanowili 23,1%)[8]. Dobrze jest się pośmiać, ale jeśli samolot z polskim prezydentem rozbija się pod Smoleńskiem, robiona na wschodnią, życzeniową modłę historia wali jak młotem w głowę.

Na pocieszenie warto zacytować zdanie Alaina Besançona, jednego z nielicznych Francuzów, któremu chciało się poznać prawdę o naszym wschodnim sąsiedzie, rozpoczynające jego książkę Święta Ruś: „Sztuka kłamstwa jest tak stara jak sama Rosja”. I dalej: „Nie ma żadnego powodu do bycia rusofilem lub rusofobem. Nie jestem ani jednym, ani drugim. Denerwują mnie za to nasza łatwowierność, naiwność i ignorancja”.[9] Za Besançonem który wie, co mówi, mogę to powtórzyć jak pacierz. Ale co na to nasze orły wazeliniarskiej publicystyki i polityki? Przecież wiedzę o Rosji mają na wyciągnięcie ręki. Trudno nie zgodzić się, że Rosja jest fascynującym krajem (z ludźmi przewalcowanymi komunizmem jest trochę gorzej), ale jest też Rosja łagrów, okrucieństwa władzy, zezwierzęcenia więźniów w koloniach karnych, propagandy wtłaczanej do dziś nieustannie, aż rzygać się chce, Rosja nieustającego podboju sąsiadów, zabójstw dziennikarzy na urodziny wodza. No i Rosja carów – białych, czerwonych solo i kolektywnie, ostatnio mamy powrót do jedynowładztwa w dawnym, „dobrym” stylu. Jeżeli u nas prawo udaje prawo, co można powiedzieć o Rosji?

O „mniemanych szczątkach prześladowcy prawosławia i rosyjskiego narodu Jozafata”, które spoczęły w Białej też jest interesująca historia. Prawosławny, urodzony we Włodzimierzu Wołyńskim Iwan Kuncewicz (jeśli pojedziecie do Włodzimierza Wołyńskiego, pokażą wam dom, w którym żył), w 1604 roku wstąpił w Wilnie do unickiego Zakonu św. Bazylego, przyjmując imię Jozafat. Prawdopodobnie już w Wilnie poznał Melecjusza Smotryckiego, późniejszego prawosławnego biskupa Połocka. W 1617 roku Jozafat zostaje wyświęcony na unickiego biskupa pomocniczego archidiecezji połockiej, rok później jest już arcybiskupem Połocka. To czas świetności Rzeczypospolitej, miasto było stolicą województwa aż do pierwszego rozbioru w roku 1772. W 1620 roku patriarcha jerozolimski Teofan wyświęca w Kijowie siedmiu biskupów prawosławnych na stolice zajęte przez biskupów greckokatolickich (unickich). Powstaje w ten sposób w Rzeczypospolitej nielegalna hierarchia prawosławna. Król Zygmunt III Waza, po synodzie w Brześciu (1596), uznaje tylko hierarchię unicką, greckokatolicką, której biskupi urzędują w dawnych stolicach biskupów prawosławnych. Siłą rzeczy prowadzi to do ostrego konfliktu, nie tylko w Połocku, który, obok Witebska, traktuje Smotryckiego jako swego prawowitego biskupa. Oliwy do ognia w prawosławnym morzu dolewa gorliwość mnicha Jozafata, świeżo wyświęconego na hierarchę – mieszka w najmniejszym pokoju biskupiego pałacu, pod sutanną nosi włosiennicę. Jeśli na ludzie nie robi wrażenia jego świętość, z premedytacją sięga po środki administracyjne, zabierając np. prawosławnym cerkwie siłą. Nie podoba się to nie tylko prawosławnym, także polskim panom, którym nowy konflikt religijny w Rzeczypospolitej nie jest do niczego potrzebny. Królewskie delegacje, usiłujące przywrócić porządek i uznaną przez władcę hierarchię unicką, o mało nie zostały w Połocku zlinczowane. Za arcybiskupem Jozafatem chodzi wszędzie prawosławny mnich Eliasz, lży go, poniża – jak widać nie są to metody wymyślone przez bolszewię czy tuskostan, a stare jak świat.

12 listopada 1623 roku sprowokowany, podpuszczony, prawosławny tłum morduje w Witebsku unickiego arcybiskupa Jozafata. Ciało zostaje sprofanowane – siadano na nim, obrzucano błotem i poszatkowanymi kawałkami jego psa. Na końcu zawleczono je ulicami do Dźwiny i utopiono. Papież się wściekł i rzucił klątwę na Witebsk. Król Rzeczypospoliej idąc za ciosem, zdegradował wielkie, zamożne miasto do statusu wioski: zburzono ratusz i na jego miejscu postawiono karczmę. Ciało Jozafata przewieziono do Połocka i eksponowano przez 14 miesięcy w katedrze, pochowano je dopiero 18 stycznia 1625 roku.

W 1643 roku papież Urban VIII beatyfikuje Jozafata Kuncewicza – oddał przecież życie za wiarę. Wybucha wojna północna (1700-1721). W Rosji rządzi od 1682 Piotr I, po głowie cara snuje się myśl, że dobrze byłoby spalić ciało błogosławionego i w ten sposób pozbyć się unickiego kłopotu. W 1705 roku Rosjanie zajmują Połock. Pijany car wchodzi z żołnierzami do soboru Mądrości Bożej i żąda wydania ciała błogosławionego. Dostaje odmowę, wtedy żąda kluczy od tabernakulum. Przeor bazylianów odmawia ponownie, wtedy na miejscu ginie. Nie z ręki tępego żołdaka – załatwia go własnoręcznie car. To wschodnia tradycja, Iwan Groźny zabił przecież własnego syna. Czterech pozostałych bazylianów zostaje pojmanych i utopionych w Dźwinie. Wyłamano drzwiczki do tabernakulum, wyjęto Najświętszy Sakrament, Piotr I osobiście go rozsypał i podeptał. Katedrę pamiętającą XI stulecie zamieniono na magazyn amunicji i prochu. Po kilku latach eksplozja zmiotła ją z powierzchni ziemi. Pisał o tym XIX-wieczny historyk Franciszek Henryk Duchiński (1816-93).

Tymczasem unici uciekają z Połocka, wraz z relikwiami Jozafata. Trwa wojna, krążą z trumną po całej Litwie, Rusi i Rzeczpospolitej szukając schronienia. Trafiają nawet do Zamościa. W końcu przekazują szczątki księciu Karolowi Stanisławowi Radziwiłłowi, który umieszcza je w kaplicy zamkowej w Białej Podlaskiej. Wojna się kończy, unici pragną odzyskać relikwie, ale Radziwiłłowie nie bardzo kwapią się z oddaniem cennego nabytku. Tym bardziej, że żona księcia, Anna z Sanguszków, jest osobą wyjątkowo pobożną. Sprawa trafia przed rzymski sąd, interweniuje papież.          Biała Podl., oficyna założenia pałacowego Radziwiłłów                              W końcu Kapituła Generalna Bazylianów w Dubnej postanawia (1743), że szczątki mogą zostać w Białej, ale Radziwiłłowie muszą ufundować dla błogosławionego sanktuarium. Dla książąt Radziwiłłów wydać 46.076 florenów (każdy o wadze 3,5 grama złota), na elegancką cerkiew, nic trudnego. Powstaje w Białej Podlaskiej ładny bazyliański obiekt (dziś kościół Najświętszej Marii Panny), z klasztorem, i relikwie w uroczystej procesji wędrują z kaplicy zamkowej do nowego, eksponowanego miejsca – jest rok 1765. Błogosławionego umieszczono w srebrnej trumnie wysoko, w głównym ołtarzu. Kult staje się popularny w Rzeczypospolitej, miasteczko ściąga pielgrzymów z całego kraju.

Sto lat później, podczas Powstania Styczniowego (1863), obwołano Jozafata patronem tego zrywu na Podlasiu. Po zdławieniu Powstania car zlikwidował ukazem zakon bazylianów (1864), a ich cerkiew przejęli prawosławni (1865). W 1867 roku Jozafat zostaje kanonizowany i wyniesiony na ołtarze przez papieża Piusa IX. Car, w tym samym roku, specjalnym ukazem likwiduje wszystkie klasztory bazylianów w Królestwie Polskim. Ciało świętego schowano w krypcie, przysypano piaskiem, śmieciami i zamurowano (Piotr Wielki dawno nie żył). Podczas kolejnej renowacji cerkwi zatarto skutecznie ślady pochówku.

Podczas I wojny światowej, w 1915, do Białej weszli Austriacy, razem z ich wojskiem zjawił się bazylianin, który znał miejsce pochówku świętego. Sytuacja była niepewna, obawiano się, że jeśli Rosjanie odbiją miasto, jako symbol walki z prawosławiem ciało świętego może zniknąć na zawsze. Bazylianin ruchem konika szachowego odmierzył kroki od ambony i wskazał miejsce złożenia relikwii. Wydobyto je i zainscenizowano procesję – obchód pól z trumną świętego, a pociąg już czekał pod parą. W pewnym momencie żandarmi odizolowali trumnę od procesji i ruszyli z nią do pociągu. Tak święty Jozafat wyjechał do Wiednia. Kiedy Rosjanie w 1945 roku, podczas kolejnej wojny, zaczęli podchodzić pod Wiedeń, bazylianie znów poczuli się niepewnie – obawiali się powtórzenia sytuacji z czasów Piotra I. Pamięć w Rosji jest długa. Święty Jozafat trafił ostatecznie do Rzymu i spoczął w bazylice św. Piotra.

Na wzmiankę zasługuje jeszcze biskup Smotrycki, prawosławny Szaweł. Po zabójstwie Jozafata nie mógł sobie znaleźć miejsca – czuł się za nie moralnie odpowiedzialny. Podróżował do Ziemi Świętej, nie pomogło. W końcu z prześladowcy unii sam został unitą ledwie w cztery lata po śmierci Jozafata Kuncewicza. Przypadek, powiedzą lewacy. Może jednak palec Boży?

Wracamy z MAT nieśpiesznie od Bugu, przez miasteczko Terespol, poszukując wylotówki w stronę Nepli. Na obrzeżach stoją ładne, drewniane domki malowane na niebiesko, zielono. Czasem trafi się owalny daszek z blachy nad wejściem do domu, blacha misternie wycięta w charakterystyczny, wschodni wzór. W eleganckiej „Toyocie” mija nas szałblondyna po czterdziestce (może nawet wdowa?), o jakiej marzyliśmy przemoknięci w okolicach Włodawy. Taka co podwiezie, nakarmi i jeszcze utuli. Czuję przez chwilę jak mi diabeł pali w oczach, ale wystarczył rzut oka przechwytujący matowe spojrzenie MAT, by wszystko nabrało powszedniego, rowerowego wymiaru.

Kolebiemy się do Nepli nad Bugiem. Słonecznie, ciepło, cicho, zapach nagrzanego asfaltu miesza się z nieskazitelnymi podmuchami nadbużańskiego powietrza. Płyniemy w zieleni, słychać tylko szum opon na jezdni. Po 10 kilometrach wjeżdżamy do Nepli. Kalikst Mierzejewski pobudował czy też przebudował należący wcześniej do Niemcewiczów (bywał tu Julian Ursyn), dwór, który spłonął w 1854 roku, na okazały, otoczony amfiteatrem z kwiatów pałac. Ten z kolei strawiła wojna we wrześniu 1939. W XVIII-wiecznym kościele można obejrzeć epitafia Niemcewiczów. Obok pałacu zaprojektowano olbrzymią cieplarnię na cztery tysiące krzewów, ananasarnię i zwierzyniec, którego ozdobę stanowiły żubry i daniele. Kilkakrotnie gościł u Mierzejewskich car Aleksander I, czuły na urodę dziedziczki. Z fantastycznego niegdyś założenia pozostał 18 hektarowy park z niecką w kształcie amfiteatru, schodzącą do rzeki Krzny, część tzw. biwaku, w którym zamieszkiwał car, zrujnowana, neogotycka kaplica grobowa Kaliksta i Juliusza Mierzejewskich oraz pawilon parkowy z połowy XIX wieku, zwany przez miejscowych białym dworkiem. Do wojny mieszkała w nim hrabina Jelska (ostatnio we Włoszech). W zdziczałym parku stoją kolonijne domki kampingowe, a namacalną pamiątkę jego świetności stanowi okazała aleja grabowa.                         W zagrodzie Jana Sobolewskiego, ze sterty zardzewiałego sprzętu gospodarskiego

wyrasta ogromny głaz upamiętniający miejsce upadku z konia jedenastoletniego syna Mierzejewskich, Juliusza Augusta, którego trzymał do chrztu Aleksander I. Ciągle napotykam informacje, że car chrzcił własne dziecko. Juliusz, po miesięcznej kuracji zmarł, na żeliwnym krzyżu wpuszczonym w głaz rodzice wyliczyli życie jedynaka do godziny…

Kamień przywleczono wołami z położonego po drugiej stronie Bugu Wołczyna, tego samego, w którym po cichu, tuż przed wybuchem II wojny światowej, złożono szczątki Stanisława Augusta Poniatowskiego po wywiezieniu ich z Petersburga, z kościoła św. Katarzyny. Jakiś czas temu, wertując bodaj 70 numer Zeszytów Historycznych wychodzących                         Neple, pawilon w zdziczałym parku

w Paryżu, natknąłem się na relację z pobytu w rodzinnym mieście króla. Kościół, w którym go pochowano znajdował się w bardzo złym stanie – zdążył już pełnić zwykłą pod bolszewią, funkcję magazynu. Normalne tam. Zewnętrzna, drewniana trumna króla już wówczas nie istniała, z wewnętrznej, ołowiowej miejscowi chłopi porobili poidła dla kur. Dyskutowało się swojego czasu, czy sprowadzić szczątki króla i gdzie je ewentualnie pochować? Czy spór był przedmiotowy? Historia pisze surowsze wyroki niż dzisiaj skłonny byłby wydać człowiek. W Wołczynie Stanisław August Poniatowski zdematerializował się ostatecznie.

Neple miały szczęście do sławnych ludzi: pod koniec XIX wieku kupił je budowniczy mostów na Wiśle i Newie, Stanisław Kierbedź, w 1916 roku przebywał tutaj krótko sam Dziadek Piłsudski.

Najbardziej interesującym zabytkiem miejscowości jest słynna baba – masywny krzyż wykuty z głazu narzutowego. W średniowieczu stawiało się takie za pokutę, na miejscu popełnionej zbrodni. Oczywiście, pamiątkowe zdjęcie z „babą”. Neple, trochę na siłę, usiłują stworzyć mit Szwajcarii Nepelskiej. W czasie ulewnych deszczy miękka gleba jest wypłukiwana w wąwozy, schodzące stromo w kierunku Bugu. Malownicze to, interesujące, zwłaszcza gdy się takim wąwozem podejdzie bliżej koryta – można zobaczyć bobra, myjącego się w bużańskich odmętach, lub siwą czaplę. Mieszkańcy mają rację – jest o co walczyć.

Neple, średniowieczna „baba”                                                                               Bug w Neplach

Konfiguracja terenu przypomina nieco Roztocze odbiegając w swoim pofałdowaniu od spokojnego, jakby bardziej przezroczystego krajobrazu Podlasia. Pedałując nieśpiesznie odczuwamy te zmiany namacalnie: Roztocze jest rozwichrzone, drogi uciekając przed pagórkami gubią się w zakrętach i uskokach, często odpoczywają wzdłuż rozciągniętych na kilka, kilkanaście kilometrów podmokłych dolin-łąk otoczonych wzgórzami. Tutaj wzniesienia płyną dłuższymi, niższymi falami, jedzie się lżej, ale bardziej monotonnie.

Po dalszych 7-8 kilometrach jesteśmy w Pratulinie. Wprost z drogi wjeżdża się na miejsce po rozstrzelanej, unickiej cerkwi. Teren ogradza druciana siatka, wewnątrz plac wyłożony narzuconymi, niewielkimi otoczakami. Takimi, pamiętam, w latach 60. XX wieku brukowano wiejskie drogi z kocich łbów. Część z nich musiała zostać użyta do obrony przed carskim wojskiem, które szturmowało cerkiew Świętej Trójcy. Siatka i kamienie, to pewnie sytuacja tymczasowa do chwili, kiedy zostanie wzniesiony pomnik upamiętniający l3 mężczyzn, którzy tutaj oddali życie.

Było tak: 7 stycznia 1874 grekokatolicki proboszcz, o. Josyf Kurmanowycz, naciskany przez zaborcze, rosyjskie władze by przeszedł na prawosławie, postanowił opuścić parafię (według innych źródeł został aresztowany). Być może czuł się bezsilny i przeczuwał nieuniknioną hekatombę, za którą nie chciał ponosić odpowiedzialności. Mógł też obawiać się aresztowania. W każdym razie ksiądz wyjechał, klucze od cerkwi zostały ukryte. Władza krok po kroku „oczyszczała” obrządek unicki z wpływów łacińskich, co sprowadzało się do upodabniania rytu greckokatolickiego do moskiewskiego prawosławia. Jeden z pierwszych kroków „oczyszczania” w Pratulinie oznaczał wywiezienie z cerkwi organów. Grekokatolicy jeszcze mogli mieć złudzenia, że zaborca poprzestanie na działaniach kosmetycznych. Tymczasem na miejsce księdza Kurmanowycza został wyznaczony przez chełmskiego biskupa prawosławnego, Popiela, ks. Leonty Urban, do niedawna ksiądz unicki, teraz już prawosławny. Jak mówią przekazy, Urbana „nie dopuszczono do ołtarza”, nie pozwolono mu wejść do pratulińskiej cerkwi. O całej sprawie zawiadomiono gubernatora Gromekę. Wkrótce do wsi przyjechał na mediacje kapitan sztabowy Fadiej Osipowicz Klimenko, odpowiedzialny za sprawy policyjno-porządkowe w powiecie. Miejscowym obiecywał, po przejściu na prawosławie, „uwolnienie od panów”. Nawet dziesięć lat, które minęły od upadku Powstania Styczniowego miało znaczenie, jeśli chodzi o świadomość ludu: chłopi z Pratulina nie dali się nabrać. Panowie wiedzieli co robili, oni bili się za wiarę […]. Gdybyśmy byli wtenczas o tem wiedzieli, jużby tu ani jednej nogi z was nie było. A wy złodzieje, psie syny, nas zwodzili, mówiliście, że oni się biją za utrzymanie pańszczyzny, a teraz nas chcecie porobić schizmatykami – mieli odpowiedzieć kapitanowi.

Pertraktacje spełzły na niczym, chłopi wzmocnili straż przed cerkwią. 17 stycznia, pod cerkwią w Drelowie, ginie 5 grekokatolików, którzy nie chcieli wpuścić prawosławnego księdza, siłą wprowadzanego przez wojsko. Wieść o tym dochodzi do Pratulina i okolicznych wiosek – w samym Pratulinie mieszkało ledwie pięcioro unitów, parafia liczyła niewiele ponad 1200 wiernych. Ludzie zrozumieli, jaki może być ciąg dalszy akcji „oczyszczania”.

24 stycznia 1874 roku, do Pratulina, zajechał z oddziałem Kozaków naczelnik Kutanin, z zamiarem odebrania od miejscowych kluczy od cerkwi i wprowadzenia do niej prawosławnego księdza. Około 500 wiernych z całej parafii otoczyło cerkiew wieńcem i nie dopuściło wojska. I tym razem pertraktacje się nie powiodły, chociaż trwały aż trzy dni. Kutaninowi wypomniano jego obietnicę, wypowiedzianą podczas rekwirowania organów, że rząd nie ma zamiaru narzucać nikomu siłą prawosławia. Powiedziałeś pan, że gdyby kto kiedy od nas lub od naszej cerkwi zażądał czegoś więcej, to wtedy możemy wszyscy, starzy i mali, wziąć kołki i za wieś przepędzić każdego, chociażbyś nawet ty sam był tym wtrącającym się do naszej wiary i cerkwi. […] Dziś stoimy w obronie naszej cerkwi i wiary, gdy nam popa prawosławnego chcecie i wiarę inną narzucić. Dziś sądzisz, panie swoją własną sprawę i swoje słowa.

Typowa metoda rosyjskiej satrapii, dzisiaj sowieckiej bolszewii: krok po kroku, oszukując i zwodząc, obiecując, zrobić swoje kiedy sytuacja pozwoli.

Wojsko ruszyło do szturmu na cerkiew. Poszły w ruch pałki i kamienie. Oficer o nazwisku Stein (nazwisko w naszej historii, jak zwykle, nieprzypadkowe), kazał załadować karabiny ostrą amunicją i wydał rozkaz. Wtedy ludzie zaprzestali walki, uklękli i zaczęli śpiewać Święty Boże. Odezwały się werble, uderzono w dzwon. Dziewięciu mężczyzn zabito od razu, dalszych czterech zmarło tego samego lub następnego dnia z ran, 180 osób zostało rannych. Żołnierze wyrąbali siekierami drzwi do cerkwi, ksiądz Leonty Urban został wprowadzony. Zabitych pochowano nazajutrz, w jednej mogile, nocą, bez udziału wsi. (Ubecki system wrzucania ciał do jamy, nocą, bez świadków, jest w prostej linii przedłużeniem sowieckiego, a jeszcze wcześniej rosyjskiego bezprawia z czasu rozbiorów). Miejsce po mogile wyrównano, żeby nie został ślad. Wiele osób zesłano na Sybir, niektórzy pojechali tam całymi rodzinami. Zdarzało się, że wracali po 30 latach. Czy nie zastanawia, że dr Kuprianowicz, tak głęboko przeżywa rozbicie kłódek na drzwiach cerkwi w Kostomłotach, przechodząc do porządku dziennego nad mentalnym zdziczeniem żołdaków, strzelających do bezbronnych? Staram się to zrozumieć, i nie bardzo mi idzie. Autor reportażu, może sobie pozwolić na emocje, ale naukowiec?

A oto podwójny epilog. Ksiądz Leonty Urban usiłował sprawować posługę w Pratulinie, tyle że do cerkwi nikt z wiernych nie przychodził. Po kilkunastu latach rosyjskie

Pratulin, zbiorowa mogiła unitów poległych 26 stycznia 1874

 

władze nakazały jej rozbiórkę. 18 maja 1990 r. dokonano ekshumacji pomordowanych z całym naukowym sztafażem. 6 października 1996 r., Jan Paweł II wyniósł Męczenników za wiarę na ołtarze.[10]

Pratulińska zbrodnia to nie przypadek. „Przed I rozbiorem Polski Kościół unicki był jednym z największych związków wyznaniowych w Rzeczypospolitej, z ośmioma diecezjami: kijowsko-wileńską (metropolia), łucką, lwowską, połocką,

przemyską, chełmską, pińską i

włodzimierską. […] Ok. 60% tego stanu posiadania znalazło się po trzech rozbiorach Polski w granicach                     Kościół we wsi Kryczew skąd pochodził WikentijLewonjuk,Cesarstwa        Rosyjskiego.”                                                                jeden z poległych w Pratulinie

Prawie ¾ terytorium Białorusi pokrywały parafie unickie. Do 1795 roku zostało ono uszczuplone o ok. 200 cerkwi, które prawosławni zabrali unitom (na katolicyzm przeszło ok. 115 tys. osób). „Kosztem unitów rozbudowywana była sieć administracyjna Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. W 1806 ze struktur unickich w zaborze rosyjskim istniała już tylko metropolia połocka kierowana przez biskupa Herakliusza Lissowskiego. W znacznej mierze z przejętych placówek duszpasterskich powołana została prawosławna eparchia podolsko-bracławska. […] Majątki biskupów unickich zostały przejęte przez państwo i częściowo przeznaczone na wynagrodzenia dla wojskowych i urzędników szczególnie zasłużonych w procesie szerzenia prawosławia”.[11]

W pierwszych latach XIX stulecia, na terenach I Rzeczypospolitej, zagarniętych przez Rosję, Cerkiew grekokatolicka liczyła blisko 1 milion 400 tysięcy wiernych, z czego ok. 200 tysięcy zdecydowało się przystąpić do kościoła łacińskiego, by uniknąć prześladowań. Po powstaniu listopadowym (1830-31), car nakazał konfiskatę połowy z istniejących jeszcze 95 unickich klasztorów bazylianów i bazylianek. W 1835 roku prawnie zakazano przechodzenia z obrządku grekokatolickiego na łaciński. W 1839, na synodzie w Połocku, ogłoszono zniesienie unii na Litwie i Białorusi, ostała się jedynie unicka diecezja chełmska.

Po zdławieniu (kolejnego) Powstania Styczniowego (1863-64), rosyjska satrapia doszła do wniosku, że Polaków nie da się zniewolić w sposób łagodny. Zaczęto od uderzenia w kościół, ostoję polskości w zniewolonym czasie. Na pierwszy ogień, co łatwo zrozumieć, poszli unici, „odstępcy od prawosławia”. Nic, że od synodu w Brześciu (1596) minęły blisko trzy setki lat. Kłopoty z Polakami są nieustające, między innymi z tego powodu Stalin pozwolił Niemcom zamordować w 1944 roku Powstanie Warszawskie przyglądając się „imprezie” z drugiej strony Wisły.

W roku 1864, na gruzach Powstania Styczniowego, car powołuje do życia Komisję Spraw Wewnętrznych i Duchownych oraz Oświecenia Publicznego, z księciem Czerkaskim, Tatarem z pochodzenia, wrogiem Polaków i katolicyzmu. W cztery lata (do 1867) carskim urzędnikom udało się zlikwidować 20 parafii w diecezji podlaskiej i 5 parafii w diecezji lubelskiej. Zlikwidowano zakony nie tylko unickie, bazyliańskie (w Lublinie, Zamościu, Białej Podlaskiej i Chełmie), także łacińskie: augustianów – w Lublinie i Krasnymstawie, bernardynów – w Lublinie, Radecznicy, Józefowie, dominikanów – w Lublinie, Chełmie, Janowie, Krasnobrodzie, franciszkanów – w Puszczy Solskiej, pijarów – w Chełmie, Opolu, reformatów – w Chełmie i Kazimierzu, sióstr miłosierdzia – w Lublinie, Hrubieszowie i Szczebrzeszynie. Do 1903 r. z łacińskiej diecezji lubelskiej wyrwano już 61 parafii.

W 1867 r. Rosjanie poszli krok dalej: skasowali łacińską diecezję podlaską i przyłączyli ją do diecezji lubelskiej. „Dla duchownych wydano specjalne zarządzenie zakazujące księżom rzymskim spełniania jakichkolwiek posług religijnych unitom. Nieposłuszeństwo groziło wysłaniem w głąb Rosji. Nękano też duchownych karami pieniężnymi, więzieniami i przenoszeniem karnym na gorsze parafie. Do walki z unią zebrał się cały sztab różnych urzędników o wątpliwej reputacji, którzy odznaczali się brutalnością i okrucieństwem. Podlasie i ziemia chełmska stały się areną okrutnych prześladowań porównywanych przez historyków do czasów Nerona.”[12] Niszczono nawet niekanoniczne ikony, sprzęt liturgiczny czy figury przydrożne!

Ze świadkiem carskich represji zetknąłem się osobiście. W Szczebrzeszynie zdążyłem jeszcze przepytać sędziwego pana Kołodziejczyka, którego dziad, Franciszek, bił się w Powstaniu Styczniowym. A jego matka widziała przejęcie szczebrzeskiego kościoła św. Katarzyny na cerkiew, i późniejsze carskie represje na tle religijnym wobec mieszkańców miasteczka. Na kanwie jego opowieści nabudowałem po latach opowiadanie Lekcja zapomnianej historii. Bohaterowi, co zrozumiałe, zmieniłem imię, reszta jest czystą faktografią[13].

Dalszym krokiem w „uspokajaniu Polaków” jest ukaz carski z 1875, likwidujący to co pozostało z unii w Królestwie Polskim. Wszystkie parafie unickie car jednym podpisem włączył w struktury cerkwi prawosławnej. W tym samym roku prawosławnym biskupem Chełma zostaje Marceli Popiel (skądinąd stare, dobre, polskie nazwisko), który organizuje prawosławne seminarium, przygotowujące młodych, ambitnych księży, głównie z Galicji, do ostatecznego rozprawienia się z unią w Ziemi Chełmskiej i na Podlasiu. Podlaskich unitów, w liczbie 250 tysięcy, prawem kaduka, także „zapisano” do prawosławia, zaś ono samo wzmocniło się liczbą 40 księży ściągniętych z Galicji i 160 już wykształconych w chełmskim seminarium. 74 księży opierających się „powrotowi do prawosławia” trafiło do więzienia, 15 najbardziej opornych nie wyszło stamtąd żywych. Ksiądz Josyf Kurmanowycz dokładnie wiedział, dlaczego musiał wyjechać z Pratulina. Papież Pius IX, oczywiście, wziął unitów podlaskich w obronę, ale co papież, nawet dziś, może zrobić jakiemukolwiek carowi? Pierwsze pytanie cara (przed wiekami i dziś) brzmi: ile dywizji ma papież?

Równolegle z urzędowym terrorem nastąpiła pokazowa, reżyserowana akcja „przyjmowania” prawosławia w większych miastach: „w Białej Podlaskiej, Janowie Podlaskim, Hrubieszowie i innych miejscowościach, Rosja może już głosić całemu światu, że ziemia chełmska i Podlasie jest jej integralną częścią i nie ma tam żadnych unitów, dlatego w 1912 r. zostaje utworzona gubernia chełmska, którą odłączono od Kongresówki i wcielono do Cesarstwa Rosyjskiego. [Małpie przedstawienie w 1918 r. ponowili ] Niemcy i Austriacy, gdy na papierze odstąpili Ukrainie powiat tomaszowski, hrubieszowski, włodawski, zamojski, chełmski, radzyński, biłgorajski i część krasnostawskiego.”[14]

Jeśli ktoś, przy tej wiedzy, jeszcze nie wie czyją politykę realizuje „polski rząd” wyrzucający z polskich szkół historię i narodowe arcydzieła literatury, jest człowiekiem upośledzonym. Kolejny car może się cieszyć, że znowu udało się Polaczków podzielić na nas i onych. Jest to także informacja dla wtórnej analfabetki dziennikarki z Warszawy, która nie jest w stanie wyobrazić sobie, co się dzieje, kiedy w nasze granice wchodzą obce wojska. Dzisiejsza sytuacja z zajęciem Krymu na Ukrainie i próbą oderwania jej wschodnich terytoriów jest kopią marnej reżyserki rodem z czasów zaboru i Białej Podlaskiej. Rosja robi wciąż to samo, bo wciąż czuje się bezkarna. Pohukiwania różnych panów premierów i różnych panów prezydentów, z różnych krajów, puszcza koło uszu, czekając aż pohukującym znudzi się pokrzykiwanie. A zagarnięte ziemie zostaną przywłaszczone! Przynajmniej na jakiś czas, do kolejnej, wymuszonej odwilży, kiedy trzeba będzie wycofać się rakiem oddając nie swoje. Zdumiewa mnie ta toporna, niemal metafizyczna niechęć do reformowania własnego kraju i próbowania żyć po ludzku, jak zachodnia część Europy, przy jednoczesnej, topornej i niemal metafizycznie nakręconej sprężynie zagarniania, zabierania sąsiadom to Chełmszczyzny, to Smoleńska, to Królewca, to bodaj kawałka Berlina, to Krymu. Cokolwiek! Cokolwiek, byle tylko komuś wydrzeć i zademonstrować gębę pełną buty: tak nam się podoba! Tak ma być! Ideał prymitywnego żołdaka…

Jestem pełen podziwu dla mieszkańców Podlasia: mimo zsyłek na Sybir, psychicznego i fizycznego katowania całych wiosek, trzymania zimą na zamarzniętych stawach tysięcy ludzi, wtłaczania ich przez miażdżącą, sołdacką machinę w kamasze niewolnika, 100 tysięcy Podlasiaków nigdy nie podporządkowało się rozkazom despoty żyjąc przez 30 lat poza cerkwią (w codziennym życiu dla ludzi religijnych to wyjątkowe katusze), aż do ukazu tolerancyjnego z 1905 roku. To dane zebrane przez najbardziej wiarygodnego świadka – prawosławnego biskupa Chełma.

Do Janowa Podlaskiego wjeżdżamy przed dziewiątą wieczorem. Okrążamy miasteczko chcąc nasycić się jego klimatem. Niedaleko rynku chłop z babą zrzucają siano z wozu do stodoły – nocleg akurat dla nas. Jedziemy jednak zerknąć na zamek biskupów łuckich, po którym pozostały dwa boczne skrzydła, korpus główny zburzono podczas insurekcji kościuszkowskiej i tak zostało. Dzieci prowadzą nas do groty Naruszewicza (1790 r.) przypominającej kształtem – budowla w formie stojącego walca zbudowanego z dużych głazów narzutowych – grobowiec tracki. Po drodze forsujemy fosę i wał ziemny. Park duży, ładny, z wykorzystaniem pozostałości po fortyfikacjach, ale mocno zaniedbany.

Janów Podl., pozostałości zamku biskupów łuckich

Adam Naruszewicz schronił się w Janowie po upadku I Rzeczypospolitej. Kiedy wybuchła insurekcja kościuszkowska (1794), ten wytrawny znawca ludzi i naszych sąsiadów, wiedział, że nieunikniona klęska skończy się ostatecznym rozbiorem, dokonanym pod byle pretekstem. Swoimi przemyśleniami podzielił się z królem Stanisławem Augustem w liście z 2 IV 1794 roku. Król sądził podobnie, odpisał biskupowi pięć dni później: „To nierozważne i daremne (bo bez pleców) powstanie najprzód Madalińskiego, a teraz Kościuszki w Krakowie innego skutku mieć nie będzie, tylko ruinę obywatelów przez raptowne transmarsze, zgubę tych śmiałków, którzy pod jego naczelnictwo poszli, a co najgorsza, da pretekst naszemu największemu szkodnikowi (królowi pruskiemu), że on powie (do Katarzyny II): <<Mościa Pani! Trzeba tych burzliwych Polaków zgnieść, kraj ich do reszty między nas podzielić>>[15].

Pytanie, nad którym historycy głowią się do dziś: czy król zrobił wszystko, żeby ocalić Rzeczypospolitą? Czy aby nie pomógł zdrajcom przyśpieszyć jej zgon?

W czasach warszawskich Naruszewicza, kiedy zaprzątało go pisanie monumentalnej Historii narodu polskiego, króla i jego nadwornego poetę, zarazem dziejopisa, łączyło coś więcej niż zwykła serdeczność. Znowu nieoceniony Roman Kaleta lepiej o tym opowie cytując opowieść Klementyny Tańskiej Hoffmanowej.

„Król, którego praca Naruszewicza zajmowała niezmiernie, często przychodził do niego; wyrozumiały i delikatny, już, choć miał do niego interes jaki, nie posyłał, sam przychodzić wolał. Naruszewicza jednak te odwiedziny nie bardzo cieszyły, niezmiernie zaniedbany, nieochędóżny koło siebie i rzeczy swoich, pokój jego był składem kurzu i śmieci; w bojaźni, żeby mu kto notat jego nie rozrzucał, nie wolno było zamiatać i uprzątać wcale. W tym więc, acz mądrym, ale zawsze brudnym pyle, nierad był króla przyjmować, który tak był koło siebie staranny i tak rad i w drugich tę staranność widział. Stanisław przebaczał mu jednak wszystko i dla nauki, i dla przywiązania.

Naruszewicz był słusznego wzrostu [to nieprawda, jak przekonamy się nazajutrz], postać jego, lubo twarz miał bardzo szpetną, byłaby okazałą, gdyby nie to niezmierne zaniedbanie.

Ostatnie okoliczności krajowe, słabość duszy króla, te nieszczęścia i usterki dwóch przedmiotów, które cenił najwięcej [Hoffmanowa pisze tu o ostatnim rozbiorze Polski i jego „pokwitowaniu” przez króla na ostatnim, rozbiorowym sejmie], zupełnie zmieniły humor, charakter Naruszewicza. Ile lubił zabawy i ludzi, tyle potem stronił od nich. Zamknięty w Janowie, nie bardzo nawet rad był, kiedy go zbyt wiele nawiedzało gości. Już do żadnej pracy nie miał ochoty, każda spełzłe nadzieje, okropne widoki mu przedstawiała. W smutku swoim zbliżył się do natury […]. Widziano go nieraz, jak w szarej katance płóciennej wychodził w pole, stał nad żeńcami lub kosiarzami i nieraz ta sama ręka, która pióro dziejopisa z taką dzielnością trzymała, to ramię błogosławiące ludowi w uroczystościach bawiło się przetrząsaniem świeżo ściętych pokosów lub zbieraniem garści zboża.”[16]

Zamek janowski odwiedzałem jeszcze kilkakrotnie. Chodząc po opuszczonych, brudnych, biskupich komnatach myślałem o nieustających „słabościach dusz i nieszczęściach” naszych „wodzów” na przestrzeni ostatnich dwustu – trzystu lat. Od Sasów na polskim tronie poczynając, a na Tusku, Millerze, Kwaśniewskim i Komorowskim kończąc. Nijakie to, z widoczną na twarzach manią wielkości i nędzą poczynań w tzw. realu. Sadzące się na wielkość, a jednocześnie skarlałe, pozbawione umiejętności rządzenia, budowania jakiegokolwiek pozytywu. Bo coś może się nie udać, ale jeśli nie udaje się wszystko? Przy tym nieustająca nuta lekceważenia ludzi mówiących tym samym językiem, nawet pogardzania nimi, jednocześnie zaskakująca zdolność płaszczenia się przed obcymi, gotowość na służenie im, nie swoim, którzy przecież to nijakie, choć w medialnym przebraniu dobrze zapowiadające się, wybrali! I ta nieustająca gotowość do zdrady, byle chronić i tak nic nie wartą, własną dupę.

Wracamy pod furtkę od siana, stodoła już zamknięta. Na podwórku rozszczekany Bryś. Za nic nie chcę iść prosić o nocleg, usiłuję wyekspediować Marka, ale nie daje się, wchodzimy razem. Zza traktora wyskakuje baba – zły znak.

–          Dobry wieczór! Moglibyśmy u państwa przenocować na sianie?

–          Nie mamy siana.

–          Od razu chcę zawrócić ale Marek pompuje:

 

Janów Podl., wnętrza pałacu biskupa Adama Naruszewicza

–          Widzieliśmy jak zrzucaliście do stodoły.

–          E panie, bo to wiadomo kto i co? My się niedawno spalili.

–          Nie palimy obydwaj.

– Chodź, mówię. Poszukamy gdzie indziej. Baba wychodzi za nami do furtki. Wsiadamy na objuczone rowery.

– Niepotrzebnie leźliśmy, dobrze przeczuwałeś. Mnie się też nie chciało. „Niedawno spalili”, nowa kamienica-pustakownica, traktor, sprzęt. Jak baba wyłazi już jest źle: wiadomo kto rządzi. Z chłopem zawsze się dogadasz.

Krążymy długo po miasteczku oglądając domy. Czekamy na jakiś wewnętrzny sygnał – tu można wejść, pozwolą się przespać. Nic się nie dzieje. Markotni wyjeżdżamy za rogatki,

Janów Podl., pawilon biskupiego zamku

ruszać dalej? Po nocy? Szukanie noclegu to najbardziej niemiłe zajęcia podczas ekspedycji. Stresuje mnie co wieczór. Przy wyjeździe do Konstantynowa stoją trzy parterowe domki.

–          Pilnuj rowerów – powiada mój towarzysz i idzie do pierwszego. Za chwilę woła:

–          Chodź! Bóg ma w opiece pątników. Wdowa!

Może dziesięcioletni, ładny chłopak zafascynowany rowerami, opowiadaniami, wlepia w nas błyszczące, ciekawe oczy. Schludno, przytulnie, gospodyni nie pozwala ruszać naszej herbaty, częstuje swoją. Ma wyrzuty, że nie może nas położyć w domu, może chociaż w kuchni letniej, na tapczanie? Wybieramy jednak siano. Siedzimy długo w kuchni rozmawiając przy pachnącej herbacie. Radzi sobie w ciepły, pogodny, podlaski wieczór.

 

 

[1] A. Kulik, Pogranicze, „Kultura” 6/1992.

[2] List Grzegorza Kuprianowicza do Jerzego Giedroycia z 15 marca 1993, s. 3-4. Zbiory autora.

[3] Józef Geresz,Unitów podlaskich droga do świętości. Lublin 1991 s. 9.

[4] Tamże

[5] Fortyfikacja Tom IV. Fortyfikacja rosyjska na ziemiach polskich. Materiały z konferencji naukowej… Modlin 1994.

[6] Pełnomocnictwa posłów wielkiego księcia moskiewskiego, napisane po rusku, to jest po moskiewsku:

My, z łaskawości tegoż Boga czczonego w Trójcy św. władca, car (albo król lub cesarz) i wielki książę Wszechrusi, Włodzimierza, Moskwy, Nowogrodu, cesarz Kazania, cesarz Astrachania, władca Pskowa, wielki książę Smoleńska, Tweru, Permu, Wiatki, Bułgarii i innych miejsc, oraz dziedziczny władca ziemi inflanckiej… A. Possevino, op. cit. s. 189.

[7] Misja bialska xx Bazylianów. Lublin 2009, cytaty s. 747 i 750.

[8] Zygmunt Piotr Mańkowski, Wiek XX, Lublin 2008 s. 302.

[9] Cyt. za Krzysztof Koehler, „Swięta Ruś” Alaina Besançona…. „W sieci” 28.01.-3.02.2013 s. 49.

[10] Tadeusz Krawczak, Likwidacja Unii na Podlasiu, w: Martyrologia Unitów Podlaskich w świetle najnowszych badań naukowych Siedlce 1996.

[11] Źródło: Wikipedia

[12] Ks. Henryk Krukowski, Kościół cierpiący, Unici.pl. Historia, dostęp 17.01.2014, godz. 00.08

[13] Zob. A. W. Kulik, Czas hieny. Arcana Kraków 2011.

[14] Op. cit. Ks. H. Krukowski, Kościół cierpiący

[15] A.F. Grabski, Nieznana korespondencja Naruszewicza, „Przegląd Historyczny” LI, 1960, z. 4, s. 705, cyt. za: Roman Kaleta, Sensacje z dawnych lat, Wrocław 1986 s.177.

[16] Roman Kaleta, op. cit. s. 14.

Opublikowano Adam Kulik, Bug, prawosławie, Uncategorized | Otagowano , | 1 komentarz